Narodziny Kanoniera. Z piłkarskiej pustyni na salony ojczyzny futbolu

Łukasz był inny. Zawsze bardzo grzeczny, wstydliwy, niezwykle poukładany. Ale gdy wychodził na boisko, wszyscy byli w szoku. Zmieniał się nie do poznania, wyczyniał w bramce cuda. Miał tylko 17 lat, a na tle rywali wyglądał jak ktoś z innego świata. Ciężką pracą szybko osiągnął szczyt.

Drezdenko, zachodnia Polska. Choć nurt Noteci jest tu dość rwący, talenty rzadko tędy przepływają. Ziemia lubuska to prawdziwa piłkarska pustynia. Jedyne województwo, które nie dorobiło się swojego przedstawiciela w ekstraklasie. Drezdenko to enklawa. Przynajmniej kiedyś nią było – przyjeżdżały tu Legia, Amica czy Pogoń Szczecin. Zwykle męczyły się niemiłosiernie. Jednak na skutek korupcji, miasteczko nie powąchało nawet II ligi. – Walczyliśmy o awans z Sokołem Pniewy. Byliśmy o kilka klas lepsi, oni o tym wiedzieli i po meczu nawet nas przepraszali! My z nimi nie przegraliśmy – ich awans był przesądzony od miesięcy. Po prostu kupili sobie tę II ligę – mówi Włodzimierz Pastwa, wieloletni kapitan miejscowego Lubuszanina.

Poważny futbol wkrótce się skończył. Dziś na murawę stadionu może wejść każdy – dzieciaki rozpalają tam grilla, na trybunach walają się butelki. Koniec „wielkiego Lubuszanina” przypadł na początek nowego milenium. Właśnie wtedy do składu wchodził 17-letni Łukasz Fabiański… – Przyszli we trójkę: on, Połoszczak i Romańczuk. Dwóm ostatnim usta się nie zamykały – dowcipni, przebojowi, od razu widać, ze piłkarze. Łukasz był inny. Podczas kolacji nie odezwał się nawet słowem! Siedział przygaszony i słuchał rozmów kolegów. Cały on – zawsze bardzo grzeczny, wstydliwy, niezwykle poukładany. Ale gdy wychodził na boisko, wszyscy byli w szoku! Zmieniał się nie do poznania, wyczyniał w bramce cuda! W rezultacie tylko on zrobił karierę – mówi Grzegorz Banaszek, dawny działacz Lubuszanina.

Pięta Achillesa i kontrakt w autokarze

Jak na ironię Lubuszanin grał właśnie sparing z Sokołem. Ostatni przed startem rozgrywek. Pniewy okres świetności miały już za sobą, ale po raz kolejny okazały się pechowe… – Bronił u nas taki Ukrainiec Walery Balicki. Mecz był zacięty, jak zawsze z Sokołem, no i chłopak zerwał ścięgno Achillesa. Paskudna kontuzja. Zostaliśmy bez bramkarza – opowiada Banaszek.

Opcje były dwie: albo postawić w bramce jakiegoś kompletnego amatora – Lubuszanin nie miał wtedy sekcji juniorskich – albo… dogadać się z MSP Szamotuły – szkółką piłkarską z legendarną dziś sekcją bramkarzy. Już wtedy fachu golkipera uczył tam Andrzej Dawidziuk.

– Trochę z nimi współpracowaliśmy. Na tamten sezon mieliśmy już podpisanych Łukasza Połoszczaka i Bartosza Romańczuka, dwóch fajnych pomocników, ten drugi przeszedł potem do Wolfsburga. No i całe szczęście – ich menadżer prowadził też Łukasza Fabiańskiego – wspomina Banaszek. – Wszystko poszło błyskawicznie. Podpisywaliśmy kontrakt w autokarze, pod okiem trenera Dawidziuka. Jego menadżer też był zadowolony: „Po co mam mieć zawodników rozrzuconych po kilku klubach?” – mówił. I tak zamiast do Arki Nowa Sól, „Fabian” trafił do nas – dodaje Jerzy Skrzeczkowski, były piłkarz Hutnika Kraków i główny twórca „wielkiego Lubuszanina”.

Choć poszło gładko, Fabiański w Lubuszaninie grał na twardych zasadach. Już wtedy był młodzieżowym reprezentantem Polski. To zobowiązywało. Przez większość czasu przebywał w Szamotułach, do klubu przyjeżdżał na mecze i dwa treningi w tygodniu. Lecz przede wszystkim – musiał grać w każdym spotkaniu. Biorąc pod uwagę fakt, że klub pokrywał tylko koszty jedzenia i dojazdów, układ był idealny. No, za wyjątkiem Balickiego, który w tamtym sezonie murawy już nie powąchał.

Pokorny profesjonalista o naturalnym talencie

– Pamiętam jego debiut. W pierwszym kwadransie rywal nas zdominował. Poszło z dziesięć wrzutek, wszystkie bardzo groźne, a obrona śpi. No i objawił się wirtuoz przedpola. Wychodził do każdej piłki, ani razu się nie pomylił, łapał albo piąstkował. Zawsze bardzo efektownie. Powinno być przynajmniej 0:3 – ale jak oni zdominowali nas w środku pola i na skrzydłach, tak on zdominował ich w polu karnym. Jeden przeciwko 11. Szczęki nam opadły. Właściwie tylko patrzyliśmy na jego parady. Po meczu podchodzi do mnie jeden z rywali: Kto to u was broni?! Do kadry go! No to odpowiadam: Wiesz… On już właściwie gra w kadrze – śmieje się Pastwa.

Talent na miarę reprezentacji, ale jeśli chodzi o samodyscyplinę – Liga Mistrzów. Co tu dużo mówić: w Drezdenku spotkały się dwa różne światy. Gdy mecz zaczynał się o 17, Fabiański przyjeżdżał o 14, a o 15 rozgrzewał się już na stadionie. Dla porównania: miejscowi przychodzili dopiero o 16:30! On akurat kończył rozciąganie i przechodził do truchtów. – Jedna taka scenka w zupełności wystarczyła mi do oceny. Nawet nie wiedziałem jak broni, a już byłem pewien, że wyrośnie z niego wielki zawodnik – wspomina Skrzeczkowski. Młokos był wzorem dla 20 i 30-latków. Zawsze perfekcyjne przygotowanie, niemal pedantyczna dbałość o sprzęt, lecz przede wszystkim – pokora.

No właśnie, natura nie obdarzyła Fabiańskiego klasycznym zestawem cech. Klasycznym dla bramkarza, który – jak głosi stare powiedzenie – wraz z lewoskrzydłowym dość rzadko spełnia szeroko pojęte normy psychiczne. Słowem: ma zwyczajnie nierówno pod sufitem. „Fabian” to nie Grzegorz Szamotulski, naczelny przedstawiciel tego gatunku w Polsce, nigdy też nie interweniował „skorpionem”, jak Rene Higuaita. Jego nazwisko wzbudza raczej zgoła inne odczucia. Każdy z naszych rozmówców reagował mniej więcej tak: „Fabiański? Hm, przede wszystkim bardzo poukładany.”…

– Nie gwiazdorzył, że gra w reprezentacji. Po treningach nie uciekał do Szamotuł – zawsze pogadał, albo prosił, żeby ktoś mu postrzelał. Widać było, że chce coś osiągnąć – wspomina Pastwa. – Brał życie na poważnie. Mimo to zawsze był grzeczny i uśmiechnięty – taki delikatny, niewinny chłopczyk. Co ciekawe, na każdy jego mecz przyjeżdżał pan Dawidziuk. Wytykał mu błędy, oceniał. On tylko pokornie słuchał. Zawsze szanował też zdanie naszego trenera. Nigdy nie unosił się honorem. Był zupełnie bezproblemowy – dodaje Skrzeczkowski. – Czasem miałem wrażenie, że jest trochę za grzeczny – śmieje się Banaszek.

Zaszedł najdalej, ale pozostał sobą

W Drezdenku grał jeszcze jeden ciekawy zawodnik. Też bramkarz. Fabiański przyszedł w jego miejsce. – Na przedpolu Łukasz bił go na głowę. Ale w pozostałych elementach twardo rywalizowali. Również zapowiadał się na wielkiego zawodnika – twierdzi Banaszek.

Mowa o Radosławie Cierzniaku, bramkarzu Dundee United. Obaj mieli talent i obaj grali w kadrze. Cierzniak to jednak zupełne przeciwieństwo Fabiańskiego. Człowiek przebojowy, wygadany, z dużą siłą przebicia. Lecz przede wszystkim – o doskonałych warunkach fizycznych. – Już wtedy miał te 187 cm. Smukły, zwinny, typowy bramkarz. A Fabiański?  Jak dzisiaj spojrzałem, że ma 190 cm, to aż oczy przetarłem! On był  niższy ode mnie – nie przekraczał 177 cm – wspomina Pastwa. Mimo to, minęło sporo czasu nim Cierzniak się wybił. Grał w małych klubach, szukał szczęścia na Ukrainie. W końcu jednak trafił do Amiki, a potem już poszło. Do dziś nie spuszcza z tonu.

Fabiański też nie od razu podbił świat. Po odejściu z Lubuszanina dalej zbierał szlify. Grał w Mieszku Gniezno, w Sparcie Brodnica, zaliczył nieudany epizod w Lechu Poznań. W końcu jednak okrzepł i w wieku 21 lat był już podstawowym bramkarzem Legii Warszawa. Nawet wtedy nie zapomniał o korzeniach.

– Graliśmy akurat w Trzebiczu. Patrzę, a na trybunach Fabiański! W Uranie bronił Maciej Gostomski, kolega Łukasza z Szamotuł. Ale po meczu zamiast do niego, najpierw podchodzi do nas. Wita się, pyta co słychać. No jak można go nie lubić? Przecież był już bramkarzem Legii, prawdziwą gwiazdą, a jako człowiek nie zmienił się w ogóle! Taki sam chłopiec, jak w wieku 17 lat. Może tylko bardziej wygadany – wspomina Pastwa.

Drugiego Fabiańskiego nie będzie

Pozostali przybysze z Szamotuł – Cierzniak też należał do szkółki – nie zrobili podobnych karier. Szczególnie dziwi przypadek Romańczuka, który talentem wcale im nie ustępował. – Pamiętam mecz z Miedzią Legnica, która dopiero co spadła z II ligi. Ten Romańczuk strzelił dwa takie gole, że aż głowa boli! Oba z 30. metrów, oba po słupkach. Jakby dokładnie właśnie tak chciał. Generalnie zazwyczaj było tak, że on grał, a my patrzyliśmy – śmieje się Pastwa. – Karierę zablokowała mu śmierć Krzysztofa Nowaka, który ściągał go do Wolfsburga. Został sam na obcej ziemi i wrócił. Później miotał się po jakichś greckich klubach, przez dwa sezony był w ŁKS-ie, ale niczego większego już nie zdziałał – mówi Banaszek.

Sezon się skończył, wszyscy się rozeszli, a Lubuszanin spadł z III ligi (wskutek kilku fuzji spadła połowa grupy). Mimo to, w Drezdenku miło wspominają ten czas. Obcowanie z przyszłymi gwiazdami, wprowadzanie ich do seniorów. Pośredni kontakt z wielkim futbolem. Wczoraj Łukasz Fabiański odniósł największy sukces w karierze. Zdobył Puchar Anglii, najstarsze piłkarskie trofeum świata. Co o jego przyszłości sądzą dawni znajomi? A może w Drezdenku szykuje mu się następca?

– Byłem zły jak ten Szczęsny go wygryzł.  Bo przecież on już tam bronił! Ale kontuzja, pech i trzy sezony w rezerwie… Puchar jednak udowodnił, że nadal jest w formie. Talentu tak szybko nie straci. Bardzo się cieszę, że w końcu stamtąd odejdzie. Na pewno trafi do jakiegoś porządnego klubu i może nawet wróci do reprezentacji? – zastanawia się Skrzeczkowski. – Dobrze by było. Jestem dumny, że grałem z takim zawodnikiem. Teraz już takich nie ma. Ba, tu nawet futbolu już nie ma… Jedziesz na mecz, a tam trzy czwarte gówniarzy nawalonych, reszta wczorajszych. I co? 45-latek ma za nich  biegać? O drugim Fabiańskim można niestety zapomnieć – puentuje rozgoryczony Pastwa.

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: