Malinowski: Najlepiej, gdyby piłkarze w ogóle nie wychodzili z domów…

Ruch Chorzów przewyższa oczekiwania. W Ekstraklasie obecnie jest siódmy i wiosną najpewniej zawalczy o puchary. Korzystając z okazji, zamieszczamy dotąd niepublikowany wywiad z Marcinem Malinowskim. Boiskowym weteranem i bohaterem dwóch pierwszych kolejek. Będzie o rekordach, trenerach, chorzowskiej długowieczności i… paleniu papierosów. Zapraszamy!

Rafał Hurkowski: Ostatnio w „Fakcie” przyznał się pan do palenia papierosów. Nie przeszkadza to trenerowi?

Marcin Malinowski: Nie sądziłem, że wyniknie z tego taka afera. Dałbym wiele, żeby nie mieć tego nałogu, ale już chyba za późno. Nigdy jednak jakoś specjalnie się z tym nie afiszowałem. Nie siadałem obok trenera i nie odpalałem papierosa. Mam do niego za duży szacunek. Na pewno żadnej chluby mi to nie przynosi i nie chciałbym, żeby mnie z tego zapamiętano. Wolałbym już słyszeć, że słabo gram…

Pan mówi, że afera, ale to trochę nielogiczne – palili: Nedved, Zidane, Platini, a Sokrates nawet dwie paczki dziennie. Rozliczano ich jedynie ze strzelonych bramek. Jednak nasuwa się pytanie: jak dużo pan przez to traci? Jak to jest, że palący piłkarz dorównuje temu, który prowadzi teoretycznie zdrowy tryb życia?

Sam chciałbym wiedzieć. Myślę, że na Zachodzie mają bardzo zdrowe podejście. Ale oczywiście wolę patrzeć na swoje podwórko, bo to chyba nie ten rozmiar kapelusza…

Ale przecież wzorujemy się na zachodniej piłce, to i na podejściu do niej chyba możemy?

U naszych piłkarzy palenie jednak nadal jest niemile widziane. Najlepiej, gdyby piłkarze w ogóle nie wychodzili z domów…

Oczywiście, że często się zastanawiam, jakby to było bez papierosów. Umiejętności chyba by mi nie przybyło, najwyżej bym więcej biegał.

Wie pan, większość piłkarzy nie pali, ale prawie żaden z nich nie rozegrał 400. meczów w ekstraklasie…

(śmiech) Zgoda, ale oczywiście to żaden powód do dumy. Zawsze powtarzam, że to straszny nałóg. Gorszego nie znam. Nie mówię o narkotykach, bo nigdy nie miałem z nimi styczności, ale papierosy są naprawdę prawdziwym koszmarem. Swoim dzieciom nieustannie powtarzam, że mają żyć bez nałogów. Życie jest piękniejsze, gdy nie jesteś niczyim niewolnikiem.

Teraz coś przyjemniejszego: „Chyba po raz pierwszy w życiu udało mi się zaliczyć dwie asysty w jednym meczu” – mówił pan przed rokiem. A czy kiedykolwiek wcześniej udało się panu strzelić trzy bramki w trzech kolejnych spotkaniach? Bo oprócz goli z Lechem i z Lechią, trafił pan jeszcze w ostatnim letnim sparingu.

Ciężko powiedzieć… (śmiech) No nie, jasne że nie. Wystarczy spojrzeć na mój dorobek, który chyba mówi sam za siebie. Dla mnie to też ogromne zaskoczenie. Ale oczywiście bardzo miłe.

Nie wątpię – przez 16 lat gry w ekstraklasie strzelił pan zaledwie 11 goli. Mam rozumieć, że ta ewolucja z defensywnego w ofensywnego pomocnika trwa?

Sam nie wiem od czego to zależy. Naprawdę. Jak sięgam pamięcią zawsze miałem trochę tych sytuacji, ale chyba za bardzo nie umiałem podjąć decyzji. A teraz? Szok. Człowiek tyle lat nie strzela, a tu nagle dwa mecze, dwie bramki, bo tego sparingu już nawet nie liczę.

Ale nie zapomnijmy, że piłka ewoluuje. Kiedyś był troszkę inny system, a dzisiaj ci nominalni defensywni pomocnicy też muszą umieć zamykać akcje. No nie wiem, może na mnie po prostu właśnie przyszedł czas? Trochę długo to trwało, ale lepiej późno niż wcale (śmiech).

„Trochę” to mało powiedziane – zagrał pan w ekstraklasie aż 403 razy! Przy okazji taka ciekawostka – z aktualnie występujących w niej zawodników, oprócz Głowackiego z Wisły, tylko Ruch ma swoich przedstawicieli w klubie 300. I to aż czterech: Surma – 416 meczów, Baszczyński – 372, Zieńczuk – 323 i pan. Macie w tym Chorzowie jakiś sekretny przepis na długowieczność?

(śmiech) No i prawie 400 ma jeszcze Darek Gęsior.

Ale on już nie gra.

No tak, ale mówię – tych weteranów w Chorzowie mieliśmy naprawdę bardzo wielu. Nie wiem, może ten klimat chorzowski nam tak dobrze służy? (śmiech).

A jak weteran Malinowski dogaduje się z weteranem Surmą? Facet był kapitanem w Lechii, ma zbliżoną do pana liczbę występów, jest tylko dwa lata młodszy i w dodatku gra na tej samej pozycji. W Chorzowie jest w ogóle miejsce dla was dwóch?

Jeśli ktoś uznał, że Łukasz jest nam potrzebny, to nie zamierzam się z tym spierać. Myślę, że w Chorzowie jest miejsce dla nas obu. Nie ma absolutnie żadnych konfliktów, czy jakiejś rywalizacji, co do rozegranych meczów. Ja Łukasza bardzo szanuję, uważam go za jednego z lepszych środkowych pomocników w Polsce. Myślę, że już niedługo stanie się filarem naszej drużyny.

A jeszcze co do tych pana występów – w tym sezonie będzie pan mógł zagrać maksymalnie 35 razy. Będzie miał pan wtedy 438 spotkań, dzięki czemu wyprzedzi pan Janusza Jojkę i wspomnianego Gęsiora. Jest to dla pana taka sprawa honoru? Jakieś wyzwanie?

Absolutnie nie. Zawsze powtarzałem, że nie przywiązuje do tego żadnej wagi. Oczywiście, jest to bardzo miłe, ale spokojnie – wszystko pokaże czas. Jeżeli z kolei chodzi o Łukasza – przypuszczam, że jest w stanie przegonić nawet samego Marka Chonackiego, lidera tej klasyfikacji. Tak jak pan wspomniał – jest ode mnie dwa lata młodszy i dlatego myślę, że mu się uda. Na głębsze refleksje z mojej strony przyjdzie jeszcze czas. Po zakończeniu kariery zastanowię się, czy mogło być tych meczów więcej, czy mogło to wszystko wyglądać troszkę lepiej… Że mogło być lepiej to akurat wiadomo (śmiech).

Ostatnio pan wspomniał, że to najpewniej pana ostatni sezon w ekstraklasie. Ale załóżmy, że ma pan tych 438 meczów, do Chojnackiego brakuje panu zaledwie 12 i co? Nadal ta sama decyzja?

Po ostatnim sezonie podejrzewałem, że nikt nie będzie chciał nadal korzystać z moich usług. Bo to też bardzo ważna kwestia, a przecież zagraliśmy tragicznie. To że stać mnie na dalsze występy, nie będzie miało nic do rzeczy, jeśli ta druga strona nie będzie mnie potrzebowała. Także nie chcę się zarzekać – tak szczerze, karierę miałem kończyć już przed tym sezonem – zobaczymy, co nastąpi.

Czyli – już tak pół żartem, pół serio – pięcioletni kontrakt brałby pan w ciemno?

Bez przesady, ale rozumiem pytanie. Owszem, miałem kiedyś takie nastawienie. Starsi koledzy mówili: jeśli tylko będzie możliwość, graj jak najdłużej. Bo wiadomo: fajne życie itd. itp. Trudno się z nimi nie zgodzić, ale zdrowia nie oszukasz. Zobaczymy jak ten sezon będzie wyglądał, jak Ruch będzie się prezentował, zawsze przecież może wyskoczyć jakaś młodzież i w Chorzowie powiedzą: temu panu już dziękujemy. Ja na pewno z tego powodu do nikogo nie będę miał żalu. Takie jest życie.

Słyszałem, że pana ojciec jest na każdym pana meczu. To prawda?

Tak, można powiedzieć, że to mój najwierniejszy kibic. Swoją karierę w całości zawdzięczam jemu. Gdy byłem młokosem, on mnie gdzieś tam popchnął i przygoda z piłką nabrała tempa. Wiadomo, wtedy nie było komputerów, dlatego za piłką biegało się od rana do wieczora. Ojciec widział moją pasję i pomógł mi ją rozwijać. Gdy w końcu zacząłem grać na poważnie, on rzeczywiście był na każdym meczu. Jeździł, wspierał mnie. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć spotkania, na których nie był. Teraz jednak powoli odpuszcza wyjazdy, bo to już nie te lata. Ale przy Cichej niezmiennie zasiada co weekend.

Można powiedzieć, że nie tylko pan jest rekordzistą, ale też pana tata – w końcu tyle meczów obejrzał.

Dokładnie, on jest niesamowicie zapalonym kibicem. Swojego czasu też tam gdzieś kopał, chyba w lidze okręgowej. Daje mi rady, wskazówki, po meczach zawsze dyskutujemy. Także żyje trochę tą naszą ekstraklasą.

Jest zapalonym kibicem Ruchu, czy całej ekstraklasy? Bo słyszałem, że pan w młodości kibicował Górnikowi Zabrze. To jakaś rodzinna tradycja?

Nie. Jako młody chłopak poszedłem do Gwarka Zabrze, no i ten Górnik nasunął się już tak automatycznie. Przyjeżdżali tam chłopcy z całej Polski i każdy po cichu marzył, żeby kiedyś w nim zagrać. Udało się tylko nielicznym: Kamilowi Kosowskiemu, Piotrkowi Gierczakowi, czy Marcinowi Kuźbie. Moje losy potoczyły się inaczej, ale absolutnie nie zamierzam z tego powodu płakać. Cieszę się, że miałem okazję tam potrenować i tyle w temacie.

Wracając do teraźniejszości. Trener Jacek Zieliński powiedział, że w porównaniu z zeszłym sezonem, macie troszkę słabszy skład, ale wcale nie oznacza to niższego miejsca w tabeli. Jak to rozumieć?

No rzeczywiście… Nie wiem, może trenerowi chodziło o to, że przyszło wielu młodych chłopaków?

I ubyło wielu obcokrajowców.

To się wiąże chyba też z oszczędnościami. Wydawało się, że w tamtym sezonie kadrę mieliśmy naprawdę niezłą, a wyniki były do niej zupełnie nieadekwatne. W tym mimo wszystko liczymy na więcej. Może ta mieszanka rutyny z młodością pomoże?

Ten trend – zwalniamy obcokrajowców, inwestujemy w młodzież – zyskuje w Polsce olbrzymią popularność. Myślę, że to bardzo dobry znak. Nie sądzi pan? Dobre bo polskie, bo młode, a nie jakiś tam ósmy sort zagraniczny.

Mam swoje zdanie na ten temat, ale nie będę go tutaj wygłaszał, bo nie chcę nikogo urazić… To presja wyników nakazywała włodarzom ściągać obcokrajowców. Ci jednak nie zawsze okazywali się lepsi od Polaków, a raczej lepsi byli naprawdę rzadko. Dlatego bardzo się cieszę, że zaczynamy w końcu stawiać na naszą polską młodzież.

A jak się panu współpracuje z nowymi asystentami trenera Zielińskiego?

(śmiech) Mogę panu powiedzieć, że stosunki są normalne, poprawne, nie ma tu żadnego problemu.

Pytam, bo ich poprzednika, Marcina Węglewskiego, szatnia nienawidziła. Czym ten nieszczęśnik wam zawinił?

Czy ja wiem, czy nienawidziła? W każdym razie życzę trenerowi Węglewskiemu, żeby jego myśl szkoleniowa w końcu gdzieś poskutkowała. Podkreślam: w końcu. Bo przecież nie jest jakimś początkującym, anonimowym trenerem. Na pewno ma duży bagaż doświadczeń, który jednak w Chorzowie się nie sprawdził. I tyle.

A jak stosunki z samym Zielińskim? Słychać głosy, że nie za bardzo go lubicie.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – grać może tylko 11 zawodników, a w klubie jest ich 25. Wszyscy zadowoleni być przecież nie mogą. Ja już wcześniej pracowałem z Zielińskim i nigdy jakoś na tę współpracę nie narzekałem. Wiadomo – trener jest teraz postrzegany przez pryzmat tego nieudanego sezonu. Jednak to przede wszystkim my zawiniliśmy. Trener w najmniejszym stopniu.

Wiadomo – są wyniki, jest atmosfera. Tak było przecież za Waldemara Fornalika – sam pan mówił, że to super fachowiec, że bardzo go pan ceni, tymczasem w tej kadrze za dobrze sobie nie radzi. Najczęstszy zarzut: nie potrafi stworzyć atmosfery… Więc jak to jest? Co było wcześniej: kura, czy jajko?

Na pewno nie powiem na niego złego słowa. To wyniki budują atmosferę, a nie odwrotnie. Trener Fornalik dokonał w Chorzowie niemożliwego. Oprócz Marka Zieńczuka, żaden z nas w życiu nie był tak wysoko. I nigdy mu tego nie zapomnimy.

Aczkolwiek, wiem jak to wygląda: tutaj prawie mistrzostwo z Fornalikiem, a tu prawie spadek z Zielińskim… Długo się nad tym zastanawiałem i do niczego konkretnego nie doszedłem. Nie wiem – odszedł Rafał Grodzicki, ostoja naszej defensywy, odeszli Arek Piech i Wojtek Grzyb, czyli takie dość ważne postacie, ale to oczywiście nas nie tłumaczy. Chyba jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim pojawią się jakieś konkretne wnioski…

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: