Geneza upadku Janczyka. Jego odkrywca: Wierzę, że wkrótce wróci Dawid, którego poznałem…

Dawid Janczyk wraca na dno. Ostatnio opuścił cztery kolejne treningi rezerw Legii Warszawa – gdzie miał się odbudować po trzech latach bez piłki – a Jacek Magiera potwierdził, że zawodnik ma problemy z alkoholem. Panuje powszechna opinia, że uratować go może już tylko ośrodek zamknięty… Wspólnie z Januszem Pawlikiem – odkrywcą talentu Dawida, który w Sandecji Nowy Sącz prowadził go przez prawie dekadę – rozłożyliśmy na czynniki praktycznie całą jego karierę. Od startu marzeń aż po brutalny upadek. – Nie zawiedź mnie! Idź na terapię – dodaje Pawlik na koniec.

Rafał Hurkowski: Dawid ostatnio jakby zapadł się pod ziemię. Może chociaż pan ma z nim kontakt?

Janusz Pawlik: W tej chwili akurat nie. Ostatni raz rozmawialiśmy jakieś trzy lata temu, gdy zapraszałem go na spotkanie z juniorami Sandecji. Grał jeszcze w Germinalu Beerschot. Miał właśnie urlop, więc wsiadł w samolot i po chwili był już na miejscu. Później nie było okazji.

Nie żalił się wtedy, że jego kariera nie rozwija się tak, jak powinna?

Nie, on nigdy się nie żalił. Wtedy był chyba nawet zadowolony. Wiadomo, Germinal to zupełnie inny świat niż CSKA. Generalnie Dawid nazywał Lokeren i Antwerpię dużymi wioskami. W porównaniu z Moskwą, rzeczywiście tak to musiało wyglądać. Ponadto trenowano tam o wiele mniej niż w Rosji. Nawet nie pięć razy w tygodniu. Siłą rzeczy klub sprawiał mu wrażenie słabo zorganizowanego. Ale że strzelał gole, to aż tak bardzo narzekać nie mógł. Jak mówię, Dawid jest bardzo skryty. Prawie nikomu się nie zwierza. Zostało mu to zresztą z młodości.

Jak w tej młodości podchodził do obowiązków? Na treningu zawsze pierwszy czy raczej typ lesera?

Zawsze był systematyczny. Nie opuścił żadnego treningu, ani razu się nawet nie spóźnił. Czy to na boisku, czy poza nim – nigdy nie sprawiał kłopotów. Do działaczy odnosił się z szacunkiem, nigdy nie dyskutował z arbitrem. Ponadto spośród kolegów wyróżniała go bardzo ważna cecha – potrafił słuchać trenera. Wykonywał dosłownie wszystko, o co się go prosiło. Zawsze z olbrzymim zaangażowaniem. Był bardzo pracowity. Naprawdę, nie mogę powiedzieć o nim złego słowa.

Dziś brzmi to dość groteskowo – ostatnio nie przyszedł na cztery kolejne treningi rezerw Legii Warszawa…

Jak mówiłem, nie widziałem go od lat. Czytam o nim jedynie w prasie, w internecie, czasem ktoś powie jakąś nowinę. Trudno mi więc się do tego odnieść. Dawid na pewno przeżył wiele ciężkich chwil. Bo i te problemy w CSKA, i to co było później… Myślę, że w pewnym momencie został sam. Sam na obcej ziemi, nie znając języka. Dużo czasu zajęła mu nauka rosyjskiego, jak i odnalezienie się w olbrzymiej Moskwie. Niejeden wielki mógłby tam przepaść, a co dopiero 19-latek z Nowego Sącza.

Racja, ten wspaniały 19-latek przepadł jak kamień w wodę. Dzisiaj rośnie nam drugi Igor Sypniewski. Legia chce go wysłać do zamkniętego ośrodka dla alkoholików, a trener Magiera twierdzi, że to jedyna szansa, by Dawid wrócił do życia.

To dla mnie olbrzymie zaskoczenie. Tym bardziej że zawsze stronił od używek. Nigdy nie widziałem go wstawionego. Odkąd pamiętam prowadził raczej zdrowy tryb życia. Miał świadomość, że jest szansa wybić się wyżej. Karierę traktował bardzo poważnie. Nie chciał niczego zepsuć. Teraz ma 26 lat i jeszcze tak wiele przed nim! Trener Magiera ma rację – koniecznie trzeba mu pomóc. Zasłużył na to swoją grą przed laty. Oczywiście, popełnił błąd. Ale ja bym go tu tak kategorycznie nie ganił. Był młody, nie poradził sobie ze stresem, wpadł w złe towarzystwo i utopił problemy w alkoholu. Choroba nie wybiera. Trzeba mu po prostu podać dłoń. Nie z takich sytuacji ludzie wychodzili. Wierzę, że wkrótce wróci Dawid, którego poznałem…

Jak go pan właściwie odkrył?

Były kiedyś u nas takie fajne międzyszkolne turnieje na małym boisku. Podczas jednego z nich reprezentację szkoły numer 15 prowadził Jurek Bulzak, mój dobry kolega, do tej pory uczący tam wychowania fizycznego. W jego drużynie grał taki malutki chłopczyk, dosłownie – najniższy na boisku. Ale co on wyczyniał! Naprawdę, niesamowita kontrola piłki. Miał ją jakby przyklejoną do stopy. Po latach, na turnieju juniorów organizowanym przez Legię Warszawa, ktoś z boku komentował: przecież ten chłopak potyka się na piłce! To jednak tylko złudzenie. Dawid po prostu trzymał ją bardzo blisko stopy. Krótkimi pociągnięciami przesuwał ją do przodu. Ktoś, kto go nie znał, naprawdę mógł uznać, że się na niej potyka, ale w rzeczywistości wynikało z tego mnóstwo sytuacji, wygranych pojedynków i zdobytych bramek. Już wtedy to miał – w wieku 10 lat, kiedy go wypatrzyłem.

Kolega bez problemu zgodził się przepisać go do pana szkoły?

W zasadzie tak. Rok wcześniej też uczyłem WF-u w tej szkole, więc znaliśmy się z Jurkiem jak łyse konie. Wytłumaczyłem mu, że u mnie chłopiec będzie miał jednak trochę lepszą opiekę. Lepsze warunki, większe perspektywy rozwoju. Później kilka razy odwiedziłem jego rodziców, powiedziałem im to samo i razem zdecydowaliśmy, że Dawid pójdzie do szkoły numer 20. Także prowadziłem go od czwartej klasy podstawówki. Byłem jego tenerem i nauczycielem. Miałem nad nim kontrolę prawie non stop.

I po latach wprowadził go pan do seniorów Sandecji. Fajna historia.

Dokładnie, przeprowadziłem go przez wszystkie kategorie wiekowe, zostawiając dopiero w juniorach starszych jako mistrza Małopolski! Zresztą po fantastycznym meczu z Wisłą Kraków, w którym ustrzelił klasycznego hat-tricka! Z tego co wiem – pierwszą bramkę w seniorach zadedykował właśnie mi. Do tej pory mu nie podziękowałem…

A z tym jego wzrostem nigdy nie było problemów?

Proszę pana… Dawid grał też w reprezentacji Nowego Sącza rocznika 1987. I proszę sobie wyobrazić: trwa mecz z Krakowem, wynik 0:0. Na boisko wchodzi niziutki Janczyk. Z początku nikt się nim nie przejmuje. Nagle dośrodkowanie ze skrzydła i kto strzela bramkę głową? Tak, właśnie ten młokos! Kraków prowadził wtedy trener Cygan i z tego co pamiętam – w stronę jego zawodników momentalnie poleciały dość konkretne wiązanki. Dawid wygrał nam mecz. Zresztą nie pierwszy i nie ostatni.

To kto był wtedy lepszy – Janczyk czy Maciej Korzym?

(śmiech) Dobre pytanie. Maćka też prowadziłem od najmłodszych lat tyle że do etapu wczesnego juniora. Obaj byli bardzo uzdolnieni. I choć Dawid był o rok starszy, wcześniej zaistniał Maciek, bo po prostu szybciej się rozwinął. W przypadku Dawida przełom nastąpił w juniorach młodszych, gdy zaczął rosnąć i zyskał lepszą koordynację ruchową. Momentalnie stał się zawodnikiem niesamowicie bramkostrzelnym. Był postrachem ligi, ale nie gwiazdorzył – proszę to podkreślić. Pamiętam nawet moment, kiedy w końcu Maćka prześcignął…

Kadra Michała Globisza!

Właśnie! Korzym był już znanym piłkarzem tej kadry. Strzelił kilka bramek. Janczyk natomiast dopiero przechodził do seniorów, a już robił w nich furorę. No i pewnego razu dzwoni do mnie Globisz z pytaniem, jak bym ocenił Dawida, bo chce go wziąć na zgrupowanie. Więc mówię: piłka go szuka, na pewnego strzeli sporo bramek, już teraz jest trochę lepszy od Maćka. Mówiłem szczerze i moje słowa szybko się sprawdziły – w dziewięciu kolejnych meczach kadry U-18, Dawid zdobył siedem bramek. W ośmiu meczach kadry U-19 – 10 bramek… Wyczyn niesamowity. Ponadto chłopcy zawsze współpracowali – w juniorach raz Janczyk strzelał hat-tricka z podań Korzyma, raz Korzym z podań Janczyka. Owszem, była między nimi rywalizacja. Ale w stu procentach zdrowa.

Skoro obaj byli tak dobrzy, to czemu nie zostali w Chelsea, gdzie na testy wysłał ich Jerzy Kopiec – zaprzyjaźniony menadżer?

No właśnie tak zadecydował pan Kopiec. Anglicy naprawdę byli pod wrażeniem ich gry. Dawid wysłał mi nawet zdjęcie z Jose Mourinho. (śmiech) Uważam jednak, że dla polskich zawodników w ich wieku, Legia Warszawa była najlepszym możliwym kierunkiem. Wystarczy spojrzeć na ostatnie przypadki młodych Polaków, którzy na Zachód pchali się za wszelką cenę. I co? Nie siedzą nawet na ławkach! Miotają się po jakichś drugich, trzecich zespołach. Tu jest kwestia jeszcze kilku lat pracy, którą najlepiej odbyć w kraju. Polak do takiego klubu musi jechać przygotowany. Taka prawda. W tej Legii jednak grali, w Chelsea nie mieliby szans – to zadecydowało.

No dobrze, czyli: transfer do Legii, szybko zdobyte mistrzostwo Polski, status gwiazdy młodzieżowych reprezentacji, porównania do Alexandre Pato i Sergio Aguero (po Mistrzostwach Świata U-20 w Kanadzie) oraz najwyższy na tamte czasy transfer z Ekstraklasy… Każdemu mogłoby odbić.

Ależ skąd! Dawid nigdy nie miał takich skłonności. Już bardziej podejrzewałbym o nie Korzyma, który stwierdził kiedyś, że nie jedzie na mundial, bo jest zmęczony i musi przygotować się do sezonu… Janczyk zawsze był spokojny i zrównoważony. Po jego przejściu do CSKA nadal mieliśmy kontakt. Opłacił nawet moim chłopakom wyjazd na turniej do Gdańska! A nie była to wcale mała suma. Także o żadnej sodówce czy paleniu mostów nie mogło być nawet mowy.

To może kwestia przejścia do seniorów? Niejeden już na tym poległ, przykład: Michał Janota. Janczyk z łatką wielkiego talentu zajechał po prostu trochę dalej.

Też nie. On się doskonale potrafił znaleźć w seniorach. Strzelał w Legii, strzelał w tych belgijskich klubach. Zresztą i w CSKA z początku trochę zamieszał. Proszę mi pokazać młodego polskiego piłkarza, który na wejściu strzeliłby gola w Lidze Mistrzów? Dawid to zrobił. To te perturbacje wpłynęły na jego upadek. Za duża konkurencja, a może trener, który widział tych, a nie innych… Możliwe że weszły w grę kwestie menadżerskie – większe pieniądze, układy etc. Wbrew pozorom, to dzisiaj w piłce bardzo popularne zjawisko. Niestety.

Janczyk mówił, że gdy trener posadził Vagnera Love’a na ławce, ten się obraził, więc, nie chcąc Brazylijczyka jeszcze bardziej drażnić, szybciutko przywrócono go do składu…

No więc właśnie! Dziękuję za potwierdzenie moich przypuszczeń. (śmiech) Coś w tym musiało być. Jestem przekonany.

Dobrze, a gdyby nie daj Boże nie udało mu się wrócić do piłki, czy ma jakieś inne źródło utrzymania?

Wiem, że swego czasu zakupił fabrykę wina w okolicach Tarnowa. Nie wiem czy to nadal aktualne (niestety chyba nie – przyp. red.), nie interesowałem się, ale myślę, że zabezpieczył swoją przyszłość i jest w stanie normalnie żyć.

Nie będziemy już analizować, czy gdyby został w Lokeren, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie został i jest teraz w ciężkim położeniu. Można go tylko dopingować. Chciałby pan na koniec coś mu powiedzieć?

Po pierwsze: dziękuję za tamtą bramkę! To piękny gest z twojej strony. I pamiętaj, musisz być silny. Długo nie grałeś w piłkę, ale za chwilę twój organizm na pewno dojdzie do siebie. Waga też powinna się ustabilizować. Niedługo złapiesz świeżość i zauważysz efekty tych ciężkich treningów. Tylko ogarnij się z tym alkoholem! Zawsze trzymałem za ciebie kciuki i będę je trzymał również w trzeciej lidze. Tym bardziej że w drugim Bełchatowie (ta sama grupa, co Legia – przyp. red.) gra kilku moich chłopaków, którzy nie mogą się już doczekać, kiedy w końcu staną z tobą na boisku. Nie zawiedź ich! Ani mnie… Idź na terapię i wracaj do zdrowia!

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: