Fontaine: Lewandowski zawodzi w kadrze? Bez Kopy też bym nie strzelał

Już na wstępie mundialu 1958 ustrzelił hat-tricka. Na zakończenie – w meczu o trzecie miejsce z Niemcami – dołożył cztery bramki. W sumie w sześciu spotkaniach turnieju zgromadził aż 13 goli. Rekord nie do pobicia. Dziś, po 56 latach, w końcu odbierze nagrodę. Na 64. kongresie FIFA zostanie mu wręczony Złoty But mistrzostw świata – trofeum przyznawane dopiero od roku 1980. Francuz zasługuje na nie jak nikt inny. To pierwowzór snajpera doskonałego.

Polsatsport.pl: W końcu się pan doczekał.

Just Fontaine: Czuję olbrzymią radość. Moja żona aż się popłakała. To przecież także jej nagroda – za to jak mnie wspierała, gdy kontuzja przerwała mi karierę. Oboje jesteśmy FIFA bardzo wdzięczni. Niestety, żona boi się latać, więc do Sao Paulo (gdzie odbędzie się kongres – przyp. red.), wybieram się sam. W końcu dotknę tego legendarnego Złotego Buta. (śmiech)

Ale jednego Złotego Buta już pan przecież ma.

Tak, podarował mi go Gary Lineker, król strzelców Mexico 86. Wspaniały gest. Gary stwierdził, że zasługuję na niego, jak nikt inny. Dziwił się, że jeszcze go nie dostałem i mówił, że to niesprawiedliwe. No ale takie były realia. Pele też przecież nie dostał Złotej Piłki, bo przyznawano ją wtedy tylko Europejczykom. FIFA nagrodziła go dopiero po latach, tak jak teraz mnie. Cóż, lepiej późno niż wcale. No i będę miał dwa Złote Buty. A ja zawsze lubiłem dobre obuwie. (śmiech)

W zamian dostał pan wtedy strzelbę…

 Nie strzelbę, a karabin! Tak, jedna ze szwedzkich gazet nagrodziła mnie karabinem. Symbol, że jestem myśliwym, łowcą bramek. Nadal trzymam go w swojej gablotce, na honorowym miejscu. Ale Szwedzi chyba trochę przesadzili – jak mówię, to prawdziwy karabin, kaliber: 7,32 mm. No i gdzie ja będę z tym latał? (śmiech) Strzelbę wziąłbym sobie na polowanie, a tego aż strach używać! Widział pan kiedyś 80-latka z karabinem? Nie, oczywiście żartuję, świetny gest, bardzo kreatywny.

To pan nadal ma ten karabin? Przecież wystawił go pan na aukcję.

Na aukcję charytatywną. Chciałem zrobić coś pożytecznego, przecież i tak z niego nie korzystałem. No i ktoś kupił go za 1,5 tysiąca euro! Myślę: fajna suma, na pewno komuś pomoże. Cały szczęśliwy wracam do domu, a tam… moja żona z moim karabinem! (śmiech) Wiedziała, ile dla mnie znaczy i że mogę tego kiedyś żałować. Wspominałem już, że to wspaniała kobieta? W rezultacie pomogliśmy potrzebującym, a karabin pozostał w gablotce. Od tej pory jest dla mnie jeszcze ważniejszy.

Na mundialu w Szwecji grał pan z piłkarzami polskiego pochodzenia – Raymondem Kopą i Marianem Wiśniewskim. Macie chyba trochę fajnych wspomnień?

Atmosfera była naprawdę znakomita. Nie myśleliśmy wtedy o premiach, po prostu chcieliśmy grać w piłkę. Tworzyliśmy zgraną paczkę. Z Kopaszewskim dzieliłem pokój. Pamiętam, że Raymond preferował raczej system hiszpański (grał przecież w Realu Madryt – red.), czyli: późno iść spać, późno wstawać. Ja na odwrót: wcześnie iść spać, wcześnie wstawać. (śmiech) No ale jakoś się dogadaliśmy. Muszę przyznać, że strzeliłem dzięki niemu naprawdę sporo goli, ale chyba też godnie się odwdzięczyłem: na mistrzostwach dwa razy wystawiłem mu piłkę do pustej bramki. Zresztą i Wiśniewski strzelił gola z mojego podania. Obu zapamiętałem jako przesympatycznych kolegów.

Jak wtedy wyglądały premie? Dziś sporo się o nich mówi – że za wysokie, że to przecież tylko kilka meczów etc.

Za trzecie miejsce mieliśmy po 300 tysięcy starych franków na głowę. Ale że rezerwowi nie dostali ani grosza, wypadało się z nimi podzielić. W rezultacie wyszło jakieś 120 tysięcy na osobę. Suma na tamte czasy dość pokaźna, ale nie do przesady – w Reims zarabiałem 250 tysięcy miesięcznie. Myślę, że były to uczciwe stawki. Co prawda te 120 tysięcy starych franków to mniej więcej 200 euro, ale wiadomo, że wartość pieniądza była wtedy zupełnie inna.

Mało brakowało, a i pan byłby tym rezerwowym…

Racja. Szczęście w nieszczęściu – grałem tylko dlatego, że Tadeusz Cisowski, kolejny znakomity piłkarz polskiego pochodzenia, doznał bardzo poważnej kontuzji. Thadee był geniuszem. Pamiętam, jak w 1956 siedziałem na ławce, a on strzelił Belgom pięć bramek. Patrzyłem z otwartymi ustami. Co za instynkt, co za precyzja. No niestety – tak to w futbolu bywa. Trzy lata po mundialu to z kolei ja miałem pecha – złamałem piszczel i kość strzałkową. Wyrok: koniec kariery… Na karku tylko 27 lat i zero szans na powrót. Trochę się załamałem, ale oprócz żony, na duchu podtrzymywało mnie te 13 bramek. Wpisałem się jakoś w ten sport. Zrobiłem, co musiałem. Wkrótce się z tym pogodziłem.

Siedem spośród tych 13 bramek zdobył pan prawą nogą, pięć lewą i jedną z główki. Widzi pan kogoś równie wszechstronnego w dzisiejszym futbolu?

Niestety, nikogo takiego nie widzę. Nikogo o podobnym stylu. Ja byłem średniego wzrostu (174 cm – red.), szybki, obunożny i miałem ten instynkt strzelca. Jedynym piłkarzem, z którym mogłem się później utożsamiać, był Gerd Mueller. Patrzyłem na niego i widziałem siebie sprzed lat.

Ale jest obecnie napastnik, który trochę pana przypomina. Przynajmniej sposobem poruszania się. Robert Lewandowski – kojarzy pan?

A, Robert, oczywiście! Szkoda, że zabraknie go na mundialu. Bardzo go cenię, bardzo mi się podoba. Jest niesamowicie inteligentny, umie się ustawić, gra na całym froncie napadu. Każdy jego ruch jest przemyślany. Tak, zgadzam się, trochę mnie przypomina. Ba, cieszę się, że ktoś mnie z nim zestawił! (śmiech)

Jest świetny, ale nie potrafi przenieść formy do reprezentacji. Regularnie w niej zawodzi.

A zastanowił się ktoś, czy ma odpowiednich partnerów? Ja bez Kopaszewskiego i Wiśniewskiego też bym wiele nie zdziałał. Gole same się nie strzelają, instynkt nie wystarczy. Myślę, że gdyby miał większe wsparcie, rozmawialibyśmy o nim teraz, jako o głównym kandydacie na króla strzelców mundialu… Słyszałem, że ostatnio przeszedł do Bayernu Monachium. Dobry wybór, kariera nabierze tempa. Macie wspaniałego napastnika, a będziecie mieli jeszcze lepszego.

To kto zostanie królem strzelców mundialu?

Ktoś z tej czwórki: Luis Suarez, Diego Costa, Cristiano Ronaldo, Leo Messi. Osobiście najbardziej lubię Costę. Uwielbiam na niego patrzeć. Nie obraziłbym się, gdyby to on pobił mój rekord. (śmiech)

Najpierw musi wygrać rywalizację z Torresem. A Francja? W sparingach idzie jak burza. Jest szansa na lepszy występ niż w RPA?

Z grupy powinna wyjść. Najlepiej z pierwszego miejsca, żeby uniknąć Argentyny. Potem droga otwarta. Ale nie mam złudzeń – tytuł rozstrzygnie się między Hiszpanią, Brazylią, Argentyną i Niemcami. Liczę szczególnie na Hiszpanię, bo gra tam ten wspaniały Costa. I nie ma mowy o żadnej rywalizacji – Torres to nie ten poziom napastnika… Mistrz świata: Hiszpania, król strzelców: Diego Costa – tak to widzę.

Rafał Hurkowski, Tadeusz Fogiel, Polsat Sport

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: