Życiowy rollercoaster, czyli Janczyk przed Lewandowskim na równi z Aguero

To historia trzech bohaterów: Dawida Janczyka – rocznik 1987, Roberta Lewandowskiego i Sergio Aguero – obaj rocznik 1988. Co łączy dawnego zięcia Diego Maradony, najlepszego polskiego piłkarza ostatnich lat i byłego pacjenta ośrodka zamkniętego w Warszawie? Wszystko zaczęło się osiem lat temu w Kanadzie.

Lato 2007 roku – na kanadyjskich boiskach trwa Mundial do lat 20. Polska po sensacyjnym 1:0 z Brazylią Alexandre Pato i Davida Luiza (śliczna bramka Grzegorza Krychowiaka z rzutu wolnego), kompromitującym 1:6 z USA (hat-trick kreowanego na następcę Pelego Freddy’ego Adu i dublet straconego przez „Biało-Czerwonych”, a potem równie niespełnionego Danny’ego Szeteli) oraz 1:1 z Koreą Południową, trafiła najgorzej, jak mogła – na Argentynę. W składzie „Albicelestes” same gwiazdy: Angel Di Maria, Alejandro Cabral – tak, trzy lata przed Legią wróżono mu jeszcze wielką karierę – i Sergio Aguero.

Podopieczni Michała Globisza startowali jednak bez kompleksów. Nie mieli się przecież czego wstydzić: w defensywie przyszłość Premier League – Bartosz Białkowski, Ben Starosta, Jarosław Fojut, dopełniona Krzysztofem Królem z Realu Madryt. Kamila Glika, który dzielił z nim wtedy szatnię trzeciej drużyny „Królewskich”, w kadrze szukać na próżno… Druga linia to głównie duet Krychowiak-Tomasz Cywka. Pierwszy dopiero co zamienił Arkę Gdynia na młodzieżówkę Bordeaux, drugi dumnie wkraczał do pierwszego zespołu Wigan Athletic. W końcu atak. Tu już wtedy niesforny i krnąbrny Patryk Małecki, który – jak mówi anegdota – wstąpił na jeden z kanadyjskich bankietów, odziany jedynie w japonki, szorty i luźną koszulkę(!) oraz partnerujący mu Dawid Janczyk. Zdecydowanie najjaśniejsza postać w zespole.

Wokół Janczyka był wtedy wielki szum. Przede wszystkim – jako jedyny z tej kadry zaistniał w dorosłej piłce. Równo rok przed kanadyjskim turniejem świętował z Legią mistrzostwo Polski, a dwa dni przed meczem z Argentyną „Wojskowi” uzgodnili z CSKA Moskwa warunki jego ponad czteromilionowego transferu, który do dziś pozostaje czwartym najwyższym w historii ekstraklasy (wtedy najwyższy). Popularny „Murzyn” był ponadto etatową gwiazdą niższych kategorii wiekowych reprezentacji Polski, w których bramki zdobywał seriami – chociażby hat-trick z Belgią podczas EURO U-19 w Wielkopolsce. Na samym kanadyjskim turnieju, do meczu z Argentyną, zgromadził dwie, w tym jedną szczególnej urody – kiedy Adam Danch wypuścił go „w uliczkę” między dwóch Koreańczyków, on jak gdyby nigdy nic, z biegu, założył jednemu z nich „siatkę” i już przy kolejnym kontakcie z piłką, posłał ją obok bramkarza. Gol przez długie miesiące utrzymywał się w czołówkach największych kanałów sportowych świata.

O rok młodszym Robercie Lewandowskim słyszało wtedy niewielu. A dodajmy, że w tamtej kadrze był już Wojciech Szczęsny z rocznika 1990. „Lewy” tylko raz zagrał w reprezentacji nastolatków. W 2007 roku spędził na boisku 53 minuty przeciwko 18-latkom z Turcji. Z kadry Mazowsza wygryzł go Daniel Mąka, o którym słuch zaginął jakieś pięć lat temu. Powód z kategorii „klasyczny Messi”: był słabiej zbudowany…

Lewandowski i Janczyk przyszli do Legii w tym samym czasie – przed sezonem 2005/06. Trafili jednak do dwóch różnych światów, znaleźli się na dwóch przeciwnych biegunach. Pierwszy zasilił pion sprzątający, drugi – jedno ze stanowisk kierowniczych. Pierwszy odkryty przez Jacka Bednarza w IV-ligowej Delcie Warszawa, gdzie strzelał bramki GLKS-owi Nadarzyn. Drugi wypromowany nazwiskiem Macieja Korzyma, kolegi z III-ligowej Sandecji Nowy Sącz, szybko zachwycił w kadrze U-18 i odbył nawet testy w londyńskiej Chelsea. Janczykowi pięć goli w ekstraklasie zapewniło spokojną przyszłość, dwa trafienia Lewandowskiego w III-ligowych rezerwach przełożyły się na posezonowe zwolnienie. To przyszły gwiazdor Bayernu, mimo nieznacznej różnicy wieku, nazywał wtedy Janczyka Panem Piłkarzem.

W dodatku, gdy Janczyk przyjeżdżał do Warszawy i korzystał z uroków wielkiego miasta – w końcu jako członek pierwszego składu zarabiał poważne pieniądze – Lewandowskiemu właśnie zmarł ojciec. Chłopak za wszelką cenę chciał odciążyć finansowo mamę, nauczycielkę, ale możliwość ta szybko została mu odebrana. Matka jednak bardziej niż o pieniądze, bała się o karierę syna. Ona akurat nigdy w niego nie zwątpiła. – Pamiętam, gdy do mnie zadzwoniła. Pytała co dalej. Chwilę potem byli już z Robertem na Varsovii i wspólnie ustalaliśmy, jaką drogę wybrać – powiedział nam ostatnio Marek Krzywicki, jeden z pierwszych trenerów Lewandowskiego. Także znów – piłkarski high life, gorzki smak życia. Kto by pomyślał, że niedługo role tak drastycznie się odwrócą.

Lipiec 2007 roku. Pierwsze pół godziny 1/8 finału Argentyna – Polska to otwarta piłka, nie widać żadnej przepaści, Bartosz Białkowski w znakomitej formie. To stało się w 33. minucie. Król na skrzydło do Małeckiego, ten zbiega z piłką do środka, podnosi głowę i z jakiegoś 40. metra dogrywa  Janczykowi „na nos”. Wszystko dzieje się na granicy spalonego: „Murzyn” w szesnastce, pierwszy kontakt – przyjęcie, drugi – strzał w dalszy róg bramki Sergio Romero. Zmierzający na wślizgu obrońca nie ma szans. Janczyk zdobył właśnie swoją trzecią bramkę w turnieju – zrównał się z Aguero, Altidorem, Adu i Szetelą. Więcej na tym etapie mistrzostw miał tylko Adrian Lopez – cztery. Z pięknego snu Polaków jeszcze przed przerwą wybudził Angel Di Maria, a po niej Aguero zafundował nam już prawdziwy zimny prysznic. Następna stacja: lotnisko.

Dla Janczyka, mimo porażki 1:3, Mundial jednak cały czas trwał. Mniej więcej do 60. minuty finału „Albicelestes” z Czechami liczył się w walce o tytuł MVP. Marzeń znów pozbawił go nie kto inny, jak Aguero – bramka wyrównująca. Ostatecznie Argentyna zgarnęła całą pulę, a „Kun” z sześcioma trafieniami został królem strzelców i najlepszym zawodnikiem turnieju. Polak w klasyfikacji snajperów zajął czwarte miejsce, ex aequo z Di Marią i Pato – przed Suarezem, Cavanim, Matą czy Alexisem – ale na przestrzeni „pozabramkowej” prezentował się zdecydowanie lepiej niż oni. Do tego stopnia, że chciało go u siebie wielkie Atletico Madryt, w którym od roku Fernando Torresowi marchewki skrobał właśnie ten młody i niepokorny „Kun”. Tercet Torres-Janczyk-Aguero na tamte czasy prezentowałby się na pewno okazale, może inaczej potoczyłyby się losy „Murzyna”, ale na jego nieszczęście „Rojiblancos” nie zdążyli powstrzymać „Carów” ze Wschodu i już 22 lipca Polak zmieniał z ławki Jurija Żyrkowa.

W tym samym czasie odpalony z Legii Lewandowski świętował ze Zniczem Pruszków awans do II-ligi. Wiązał koniec z końcem, nawet nieźle się w nowym zespole odnalazł – król strzelców III ligi z 15-ma bramkami – ale dla kibiców nadal pozostawał niewiele znaczącym anonimem. W III lidze może grać przecież kolega z klatki, ale nie przyszła gwiazdka pokroju Messiego czy Ronaldo (no, wtedy: Ronaldinho i Henry’ego). Od pozycji Janczyka dzieliła go cała galaktyka.

Przełom września i października 2015 roku. Chłodny jesienny wieczór, mecz na szczycie Bundesligi: mistrzowski Bayern podejmuje u siebie wicemistrza – VfL Wolfsburg. Do przerwy 0:1. Pep Guardiola musi wzmocnić atak. Na drugą połowę posyła więc do boju polskiego supersnajpera, który w ciągu ostatnich lat zdążył już strzelić cztery gole Realowi Madryt w jednym meczu, zostać królem strzelców Bundesligi, zagrać w finale Ligi Mistrzów i sforsować jeszcze multum innych nieosiągalnych dla polskiego zawodnika barier. Robert Lewandowski wyrównuje pięć minut po wejściu, a kibice nawet nie przypuszczają, że za moment będą świadkami czegoś, czego piłkarski świat dotąd nie widział. Minutę później Polak uderza zza pola karnego – Diego Benaglio znów bez szans. Dźwięki „Seven Nation Army” zespołu The White Stripes – utworu puszczanego z głośników Allianz Areny po każdej bramce Bayernu – nie zdążyły jeszcze na dobre ucichnąć, a Lewandowski został najszybszym strzelcem hat-tricka w historii Bundesligi.

Skończyło się na pięciu bramkach w dziewięć minut. Piąta szczególnej urody: Mario Goetze kończy rajd prawą flanką mocnym dośrodkowaniem w pole karne, Lewandowski ma na decyzję ułamek sekundy i bez wahania – między dwoma obrońcami – składa się w efektowne nożyce. Benaglio tym razem nawet nie reaguje… Kosmos, jak to świeżo po meczu określił komentujący od lat Bundesligę Mateusz Borek. Polak przez kolejne tygodnie utrzymuje się na ustach całego piłkarskiego świata – jego kolega z zespołu Jerome Boateng deklaruje naukę języka polskiego, eksperci obwieszczają, że „Lewy” wszedł właśnie na poziom Messiego i Ronlado, a wielu polskich dziennikarzy twierdzi, że to już teraz najlepszy polski piłkarz w historii. I co najlepsze – jego seria trwa. Strzela jak opętany.

Niecałe dwa tygodnie po wyczynie Lewandowskiego, Manchester City podejmuje u siebie Newcastle. Od 18. minuty po bramce utalentowanego Aleksandara Mitrovicia, niespodziewanie prowadzą goście, ale… To w końcu Manchester City, klub napędzany petrodolarami, który utrzymuje takie gwiazdy, jak David Silva, Raheem Sterling czy w końcu dawny kolega Dawida Janczyka – Sergio Aguero. Argentyńczyk przez te osiem lat zdążył przepędzić z Atletico Fernando Torresa, ożenić się i wziąć rozwód z córką Diego Maradony, przejść za 45 milionów euro do Anglii i zostać królem strzelców Premier League. Bardzo często porównuje się go z Lewandowskim – stricte boiskowo może troszeczkę inni, ale jednak ten sam rocznik, pozycja, a w grze FIFA 16 nawet ten sam współczynnik (87). Tego dnia Aguero chciał się jeszcze bardziej upodobnić do naszego rodaka – strzelanie zaczął w 42. minucie, a skończył w 62. Pięć bramek w 20 minut: o 11 gorzej niż Polak i z przerwą na zejście do szatni – czyli jednak nie był to klasyczny „lew-trick”, jak pięciopak na cześć Lewandowskiego ochrzcili dziennikarze „Przeglądu Sportowego”, ale i tak najszybszy w historii Premier League.

Jakiś Lewy ten Janczyk

Lewandowski i Aguero są dzisiaj najlepsi na świecie. Dla nich taki mecz to zwykły dzień w biurze. Bez euforii, bez sodówki. Jutro znów robią swoje najlepiej jak potrafią. A gdy tylko wpadną w bramkowy cug, to klękajcie narody. W inne cugi wpada niestety Dawid Janczyk, który miał być dzisiaj na miejscu Lewandowskiego… Nie, to byłoby kłamstwo: miał być przynajmniej tak dobry, jak sięgający w 2007 roku po mistrzostwo Szkocji Maciej Żurawski. To był max dla wyobrażeń polskiego kibica, który nie miał wtedy żadnych przesłanek, by liczyć, że jakiś Polak z pola podbije wkrótce jedną z czołowych lig Europy.

Trochę ponad pół roku po tym, jak Lewandowski ustrzelił cztery gole z Realem, rezerwy Legii pozyskały nowego napastnika. Napastnik ten nazywał się Dawid Janczyk i był kiedyś gwiazdą. Napastnik lubił sobie golnąć, choć sam – jak typowy alkoholik – się tego wypierał, a swoje cotygodniowe wyjścia (2-3 razy w tygodniu) na miasto określał mianem „resetu”. Napastnik dużo mówił: „Zapieprzam. Żyję z treningu na trening. Jestem bardzo zdeterminowany.”. I choć napastnik przez ostatnie dwa lata w piłkę grał tylko na PlayStation, a z domu wychodził jedynie po piwo, Legia Warszawa naprawdę chciała mu dać szansę, której nie dała wcześniej Lewandowskiemu. Role drastycznie się odwróciły. Janczyk zaczynał od nowa, poznał zapach szatni rezerw, tak jak przed laty RL9. To Lewandowski Janczykowi w 2005 roku podawał bidony, dziś Janczyk wzorem Sebastian Mili może z dumą powiedzieć: „Robert Lewandowski to mój kolega.”

Janczyk – znów jak typowy alkoholik – łatwo zrezygnował z wyznaczonych celów. Już miał przystępować do treningów z zespołem, już miał debiutować w III lidze, już był na terapii w ośrodku zamkniętym. W decydującym momencie odpuścił po całości. Po drodze był jeszcze Piast Gliwice i dwie bramki z GKS-em Bełchatów, ale górę wziął – prawdopodobnie – klasyczny schemat Janczyka i dziś 28-latek może sobie pograć z rok młodszymi kolegami już nie w reprezentacji, ale znów – na PlayStation. Swoją drogą, Aguero musi mieć teraz niezły mętlik: Cholera, dobry ten Lewandowski. Zmienił się. Teraz to ja muszę go gonić – mógłby pomyśleć Argentyńczyk, zakładając, że przed meczem z Polską nie przeglądał składu rywali…

Messi w Polsce by przepadł?

No właśnie, z jednej strony dość absurdalne i groteskowe, że piłkarz, którego wymienia się dziś obok Messiego i Ronaldo – a już ewidentnie obok Suareza i Aguero najlepszy napastnik z tamtego pokolenia – nie był nawet w szerokiej kadrze na imprezę dla najbardziej utalentowanych zawodników ze swojego rocznika. Ba! Tułał się gdzieś po III-ligowych pastwiskach. Pojawia się pytanie: Messiego, na którego od najmłodszych lat w Argentynie, a potem w Barcelonie chuchano i dmuchano, też by w Polsce nie zauważono? Z drugiej strony – ciężko mieć do Michała Globisza pretensje. Miał powołać piłkarza, który w III-ligowych rezerwach Legii zdobył dwie bramki? Inna sprawa, że szatnia „Wojskowych” nigdy Lewandowskiemu nie sprzyjała… Kwestię tę można jednak łatwo spuentować – jeden dojrzewa szybciej, drugi wolniej. Dzisiejsza gwiazda Bayernu w młodzieżówce zadebiutowała dopiero w 2008 roku i to od razu w tej głównej – U-21. Janczyk miał już wtedy na koncie bramkę w derbach Moskwy ze Spartakiem, ale… ani jednej więcej. Przestał się ścigać.

Porównując Janczyka i Lewandowskiego można wziąć za przykład Messiego i Ronaldo. Oczywiście, wszystko w rozsądnych proporcjach. Utarło się, że Argentyńczyk dostał dar od Boga, a sukces Portugalczyka to w 99 procentach tytaniczna praca. Teza ta trochę przerysowana i bardzo uproszczona – od razu przypominają się słowa Igora Sypniewskiego o Davidzie Beckhamie (skądinąd, ważne w przypadku Janczyka): – Sączyłem browara i tłumaczyłem, że, moim zdaniem, ten cały Beckham, to nie jest wielki gracz. Ma super uderzenie, dośrodkowanie z rzutu wolnego i rożnego, ale nie ma takiej maniany, jak… Jak choćby ja. „Jego talent w porównaniu z moim, to tyle co nic. On to wszystko ma wypracowane, wytrenowane, ja dostałem dar od Boga” – mówię chłopakowi, a on patrzy jak na wariata. Potem zobaczył kilka akcji, w których kręciłem tym jego Beckhamem, jak barankiem, biorąc na najprostszy zwód, na zamach.

Nie można powiedzieć, że Janczyk miał większy talent niż Lewandowski. Nawet nie ma, jak tego zmierzyć. Pewne jest tylko, że kariera tego bardzo utalentowanego chłopaka potoczyła się zdecydowanie za szybko. Trochę na wariackich papierach, zupełnie nieprzemyślanie. Z malutkiego Nowego Sącza do wielkiej Warszawy, od razu z łatką supertalentu. Z wielkiej Warszawy – gdzie nie zdążył nawet pokazać na co naprawdę go stać – błyskawicznie do olbrzymiej Moskwy, obłożony równie olbrzymimi oczekiwaniami. – Myślę, że w pewnym momencie został sam. Sam na obcej ziemi, nie znając języka. Dużo czasu zajęła mu nauka rosyjskiego, jak i odnalezienie się w olbrzymiej Moskwie. Niejeden wielki mógłby tam przepaść, a co dopiero 20-latek z Nowego Sącza – powiedział nam przed rokiem Janusz Pawlik, odkrywca talentu Dawida.

Wygraj albo zgiń!

Lewandowski to zupełnie inny przypadek. Niczego nie dostał na tacy, nie wystarczyła próbka talentu. Musiał sam sobie wszystko wypracować, choć nieraz wiatr wiał prosto w oczy. Żeby zaistnieć, musiał pokazać pełnię umiejętności, w myśl zasady – do it or die. Ale to przecież Robert Lewandowski, on się takich wyzwań nie boi. – Zawsze był bramkostrzelny, miał to coś, przewyższał rówieśników. Bardzo ważne jednak, że talent popierał pracą. Rzadko się widzi, by mały chłopiec był tak oddany temu, co robi, tak bardzo sumienny. On po prostu kochał grać w piłkę. Bez tego sukces nawet nie wchodzi w grę. Bo nikt mi nie powie, że w Polsce brakuje talentów. Żeby jednak wejść na ten najwyższy światowy poziom trzeba ogromu poświęceń, trzeba spełnić bardzo wiele kryteriów. On się tego nie wystraszył – mówił nam Krzywicki. Jego słowa potwierdził też Andrzej Trzeciakowski, prezes Delty Warszawa: – Poza boiskiem zawsze bardzo poukładany – grzeczny, sympatyczny. Przede wszystkim jednak – pracowity. Robił wszystko, co mu kazano.

Z Janczykiem do pewnego momentu było podobnie. Może i miał łatwiej dzięki kadrze Globisza, może trafiło mu się odpowiednie miejsce i czas, ale bynajmniej nie przychodził na trening z piwem w ręku i nie opalał się na trawce, gdy reszta drużyny ciężko harowała. – Dawid w młodości zawsze był systematyczny. Nie opuścił żadnego treningu, ani razu się nawet nie spóźnił. Czy to na boisku, czy poza nim – nigdy nie sprawiał kłopotów. Do działaczy odnosił się z szacunkiem, nigdy nie dyskutował z arbitrem. Ponadto spośród kolegów wyróżniała go bardzo ważna cecha – potrafił słuchać trenera. Wykonywał dosłownie wszystko, o co się go prosiło. Zawsze z olbrzymim zaangażowaniem. Był bardzo pracowity. Naprawdę, nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Nigdy nie widziałem go też wstawionego – mówił Pawlik. Za czasów drugiego podejścia do Legii, opuścił jednak cztery kolejne treningi, a pół Warszawy zastanawiało się, czy Janczyk jeszcze żyje, a może znów poszedł w długą?

Nie każdy jest Odegaardem

Rozsądek. To chyba słowo klucz, jeśli idzie o różnice między Janczykiem a Lewandowskim. Bo, nie ukrywajmy, Robert został bardzo dobrze poprowadzony. Etapami. Najpierw przez tatę, później mamę i w końcu menadżera Cezarego Kucharskiego. Na boisku oczywiście musiał sobie radzić sam i słowa: „wszystko zawdzięcza ciężkiej pracy” nie są tu żadnym przekłamaniem, ale miał też świadomość, że ktoś odpowiedzialny nad nim czuwa. Ludzie, których miał wokół siebie nauczyli go bardzo ważnych umiejętności: A) nie podpalaj się, nic na wariata B) nie zrażaj się po porażkach C) myśl przyszłościowo. To co wcześniej nazwaliśmy skrótem: „późno odkryty”, okazało się dla jego kariery strzałem w dziesiątkę. Spójrzmy.

Robert Lewandowski: sezon 2006/07 – 15 bramek, król strzelców III ligi ze Zniczem Pruszków (19 lat); 2007/08 – 21 bramek, król strzelców II ligi ze Zniczem Pruszków (20 lat); 2008/09 – 14 bramek w ekstraklasie z Lechem Poznań (21 lat); 2008/09 – 18 bramek, król strzelców ekstraklasy z Lechem Poznań (22 lata). Transfer w wieku 22 lat do Borussi Dortmund. Wzór.

Dla porównania, Dawid Janczyk: sezon 2004/05 – dwie bramki w III lidze z Sandecją Nowy Sącz (18 lat – debiut dopiero w październiku); 2005 – testy w Chelsea; 2005/06 – pięć bramek w ekstraklasie z Legią Warszawa (19 lat); 2006/07 – cztery bramki w ekstraklasie z Legią Warszawa (20 lat). Transfer w wieku 20 lat do CSKA Moskwa.

Jest różnica, prawda? Za wcześnie, głęboka woda, nie zdążył się sprawdzić, a nie każdy jest Włodzimierzem Lubańskim czy Martinem Odegaardem (chociaż nie wiadomo czy i ten się sprawdzi). Dlatego w grę może wchodzić też bardzo popularny problem odnalezienia się przez młode gwiazdy w dorosłym futbolu. Z tamtej kadry Globisza wysoki status zachowali tylko Krychowiak i Szczęsny. Reszta poległa. Ale poległa też cała reprezentacja Czech, która doszła w tych mistrzostwach do finału. Czy ktoś słyszał ostatnio o Martinie Feninie albo Lubosie Kaloudzie? Poległa prawie cała Hiszpania – zachowali się tylko pamiętani jeszcze z EURO U-19 w Wielkopolsce Juan Mata i Gerard Pique (gdzie jest dzisiaj ten bramkostrzelny Adrian Lopez?) . Poległy wielkie armaty Stanów Zjednoczonych, jak Freddy Adu – o którym nieżyjący już dziennikarz Roman Hurkowski, obserwujący go wtedy z bliska, mówił, że fajnie drybluje, ale… bez przeciwnika! – i Danny Szetela. Co ciekawe, najwięcej zawodników z tamtego turnieju zaistniało w Ameryce Południowej (tylko największe gwiazdy): David Luiz, Willian, Alexandre Pato, Edison Cavani, Luis Suarez, Angel Di Maria, Sergio Aguero, Arturo Vidal, Alexis Sanchez.

Najważniejszy mecz wciąż trwa

Także, biorąc pod uwagę liczby Janczyka w dorosłej piłce, zestawiając je z liczbami Lewandowskiego, mając wciąż na uwadze, że to dwa zupełnie różne typy napastnika… nadal wychodzi na to, że „Murzyn”, mimo mistrzostwa Polski i wysokiego transferu, faktycznie miał problem z przejściem do piłki seniorskiej. Innego zdania jest Janusz Pawlik: – No ale mimo wszystko strzelał w tej Legii, strzelał w tych belgijskich klubach. Zresztą i w CSKA z początku trochę zamieszał. Proszę mi pokazać młodego polskiego piłkarza, który na wejściu strzeliłby gola w tak ważnym meczu, jak derby Moskwy? Dawid to zrobił. To te perturbacje wpłynęły na jego upadek. Za duża konkurencja, a może trener, który widział tych, a nie innych… Możliwe że weszły w grę kwestie menadżerskie – większe pieniądze, układy etc. Wbrew pozorom, to dzisiaj w piłce bardzo popularne zjawisko. Niestety.

W każdym razie, główny powód, dlaczego Janczykowi nie wyszło i tak zamyka się w szklanej, półlitrowej butelce, która okazała się zmorą już niejednej gwiazdy futbolu… – Nie żebym Beckhama lekceważył. Dobrze wiem, że gość jest legendą światowej piłki, multimilionerem, symbolem futbolu, a ja… schorowanym 37-latkiem siedzącym w mieszkaniu matki na łódzkich Bałutach – zwierzał się Sypniewski. Póki co, Dawid Janczyk nie osiągnął tego poziomu nałogu. Ma 28 lat, siedzi z żoną i dziećmi w mieszkaniu na warszawskim Wilanowie i choć czasy, gdy był lepszy od Roberta Lewandowskiego i grał na równi z Sergio Aguero zostaną już tylko w jego pamięci, oby święcił jak najwięcej sukcesów w tej ważniejszej od futbolu dziedzinie. Życiu.

***

Już tak na koniec, refleksja: kiedyś zazdrościliśmy Ukraińcom Andrija Szewczenki, Białorusinom Alaksandra Hleba, w pewnym momencie Czechom całej reprezentacji. Dziś Roberta Lewandowskiego zazdroszczą nam już nie tylko sąsiedzi, ale cały świat. Opłacało się tyle czekać.

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: