Kucharski o Lewandowskim, Koseckim i… Synu, który ma pójść ich śladem

Przy okazji naszego cyklu „Śladami Roberta Lewandowskiego” rozmawiamy z jego agentem, Cezarym Kucharskim. Jak zaczęła się ich współpraca? W jaki sposób magia nazwiska piłkarza, który strzelił właśnie Wolfsburgowi pięć bramek w dziewięć minut, oddziałuje na prowadzoną przez Kucharskiego firmę menedżerską?

Nie zabrakło oczywiście pytań o Kubę Koseckiego, który zaczyna podbój 2. Bundesligi i… syna, który, tak jak kiedyś „Lewy”, stawia pierwsze kroki w Delcie Warszawa. – Liczymy, że będzie kolejnym – po Piotrze Kurbielu i Arkadiuszu Madeńskim – na szlaku Lewandowskiego. Naprawdę, olbrzymi talent – twierdzi jej prezes, Andrzej Trzeciakowski.

Rafał Hurkowski: Pięć bramek w dziewięć minut. Kosmos.

Cezary Kucharski: Nieopisana radość. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Nie w Bundeslidze. Wyczytałem właśnie, że Robert zdobył w jednym jej meczu pięć bramek, jako pierwszy zawodnik od 25 lat! To się nie zdarza także w Anglii, czy Hiszpanii. Cieszę się tym bardziej, że już nikt nie powie złego słowa o transferze do Bayernu. Teraz już chyba wszyscy przekonali się do tej decyzji.

Kiedy po raz pierwszy usłyszał Pan o Robercie?

Właściwie dopiero w Legii – minęliśmy się w sezonie 2005/06. Natomiast tak bliżej przyjrzałem mu się na jednym z treningów Znicza Pruszków – wcześniej nie było okazji: on grał w rezerwach, ja w pierwszej drużynie – na który trafiłem zupełnie przypadkowo. Przyjechałem zresztą oglądać kogoś innego, ale to Robert mnie oczarował. Właśnie od niego tak na dobrą sprawę zaczęła się moja przygoda z menedżerką – pierwszym zawodnikiem, któremu pomagałem był co prawda Darek Pietrasiak, ale Robert łapie się na pewno do pierwszej piątki.

Magia jego nazwiska w jakiś sposób Panu pomaga, przyciąga klientów?

Na pewno uwiarygadnia mnie w środowisku menedżerów, co jest szalenie istotne. Nazwisko Kucharski łączy się już automatycznie z nazwiskiem Lewandowski. Ale czy przyciąga zawodników? Jednych przyciąga, innych odstrasza. Konkurencja nie śpi, a jej głównym argumentem jest to, że ja ponoć zajmuję się tylko Lewandowskim. O innych zapominam. Wie Pan, piłkarze to egoiści, każdy chciałby być otoczony jak najlepszą opieką. I choć ja każdemu, po równo, zapewniam tę jak najlepszą opiekę, przyjdzie taki jeden i powie: „Gdybyś się mną lepiej zajmował, byłbym teraz na miejscu Lewandowskiego.”. (śmiech) Co zrobić.

Można powiedzieć, że dzięki Robertowi stał się Pan agentem na skalę europejską. Ale nie przekłada się to na piłkarzy zagranicznych. Taka polityka?

Zajmuję się wyłącznie Polakami, bo na tym rynku najlepiej się znam – znam mentalność, środowisko – i wiem, że tym chłopakom mogę naprawdę pomóc. A nie chcę robić czegoś na pół gwizdka. Zresztą, założenie od początku było takie – staramy się podnieść markę Polaków w Europie. I chyba wszystko idzie zgodnie z planem – wystarczy wspomnieć dziewięciominutowy festiwal Roberta.

Innego Pana znanego klienta, Kubę Koseckiego, wybrano ostatnio drugim najlepszym piłkarzem początku 2. Bundesligi. On chyba potrzebował takiego nowego miejsca, czystej karty?

Zdecydowanie. Na początku Kuba chciał iść do Lechii Gdańsk, bo tam dużo kolegów, wiadomo, Wawrzyniak, Łukasik, Borysiuk. Buduje się fajna drużyna. Ale według mnie opcja wyjazdu była dla niego korzystniejsza. Tak jak Pan mówi – czysta karta, nikt go tam nie zna, oceniany będzie tylko za futbol. Nie tak jak u nas: przez pryzmat taty. To śmieszne, ale wielu nadal uważa, że Kuba zaszedł tak daleko tylko dzięki nazwisku… Na szczęście mi zaufał. Znalazł się na rynku bardzo wymagającym, dużym – łatwo się wypromować – i ceniącym sobie pracę, solidność oraz profesjonalizm. A mi zależało strasznie, żeby skupił się tylko na piłce, żeby nic go nie rozpraszało. Tu ma więc jakby taką presję odgórną. A w Lechii, wśród starych druhów, mogło to być różnie.

Gdy ma czystą głowę, to zupełnie inny piłkarz. W Warszawie brakowało mu dystansu do pewnych spraw. I nie chodzi tylko o ojca…

Owszem, ja walczyłem z nim w wielu kwestiach. Dziennikarze wyśmiewali się, że koraliki sobie założył, że buty nie takie jak trzeba, że różowy sweterek… Mówiłem mu wtedy: „I po co to bierzesz do siebie? Tylko nerwy stracisz, a oni i tak będą pisać.”. W Niemczech ma o tyle łatwiej, że tam do takich spraw podchodzą zupełnie inaczej – to nie emocje, ale boisko jest głównym kryterium oceny. Poza tym trafił do Sandhausen, którego trener, Alois Schwartz, nie nakłada na niego żadnych ograniczeń w ofensywie, a taktyka całego zespołu idealnie wpisuje się w jego profil piłkarza. Wszyscy wiemy, jak Kuba gra, gdy ma czystą głowę, zaufanie i luz na boisku. Widać to jak na dłoni: zdążył już zdobyć bramkę, asystować, cały czas jest pod grą i w dodatku ten zaszczytny tytuł. Ojcu dorównać może będzie mu ciężko, ale myślę, że powrót do reprezentacji jest jak najbardziej możliwy.

W stajni ma Pan jeszcze jednego bardzo ciekawego piłkarza – Arkadiusza Madeńskiego. Tak jak Lewandowski – oszlifowany przez Deltę Warszawa. Jej prezes twierdzi, że to jeszcze większy talent, niż Piotr Kurbiel – który z Delty przeszedł do Lecha Poznań i ostatnio nawet w nim zadebiutował – ale ma ogromnego pecha…

Wypada mi tylko potwierdzić słowa Andrzeja. Arek już dawno zawojowałby świat, gdyby nie kontuzje. Przecież byle kto nie przewodziłby pomocy reprezentacji Polski, nie nosiłby w niej „dziesiątki” na plecach, nie strzeliłby 60 bramek i nie zaliczył 70 asyst w 70 meczach Delty Warszawa. Choć to tylko piłka młodzieżowa, wyniki robią wrażenie. Niestety, odkąd w 2012 roku podczas meczu kadry U-16 zerwał więzadło skokowe, przeszedł już trzy operacje i dziś, gdy wszyscy myśleli, że będzie już tylko lepiej, znów ma jakiś uraz… O skali jego talentu świadczy też to, że wszyscy – nie tylko w Legii – nadal w niego wierzą! Chłopak jest bardzo silny psychicznie, przeżył więcej niż niejeden piłkarz na emeryturze. Wiem, że w końcu spełni swoje oczekiwania co do futbolu, bo od trzech lat walczy o to dzień w dzień.

Musiało się Panu bardzo spodobać przy Jeziornej – do Delty zapisał Pan swojego syna, Jakuba. Andrzej Trzeciakowski uważa, że ma duży potencjał… To co, Lewandowski, Kosecki, niedługo młody Kucharski?

Spokojnie, on ma dopiero 11 lat. Ale muszę się pochwalić – gramy ostatnio z Legią i po pierwszej połowie jeden z rodziców rywali pyta mnie:

– Panie Kucharski, „dziesiątka” to Pana syn?

– Tak.

– Widać.

(śmiech) Także coś chyba ze mnie ma, a geny przecież bardzo ważne w dzisiejszym futbolu. Kuba już zresztą dwa lata temu został królem strzelców Legia Cup dla rocznika 2004. Na pewno cieszę się, że gra w piłkę. Teraz wszystko zależy od niego.

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: