Dwudzieste urodziny „najstarszej” ligi świata

Najmocniejsza, najpopularniejsza, najbardziej skomercjalizowana. „Artyści” mówią o zbyt brutalnym stylu, bo Premier League to nie West End. To raczej Hackney, gdzie broń zastępują korki, a Joey B. to Joey Barton. Pieniądze nie mają znaczenia – jest ich zbyt dużo. Jednak przymiotnik „najstarsza” – mimo tradycji zakorzenionej bardzo głęboko – tutaj nie pasuje. Dzisiaj mija 20 lat od pierwszego gwizdka. Tylko i aż.

15 sierpnia 1992 roku startuje pierwsza kolejka „nowej ligi”. Dzisiaj luksusowe osiedle Highbury Square, wtedy najbardziej klimatyczny stadion w Anglii. Kibice Arsenalu przyjmują porażkę z Norwich 2:4. O istnieniu Thierry’ego Henry’ego jeszcze nie wiedzą. Przyszła legenda Newcastle – Alan Shearer w debiucie punktuje dwukrotnie, a jego Blackburn remisuje z Crystal Palace 3:3. Obrońcy tytułu starej formuły – Leeds – ogrywają nieistniejący już Wimbledon 2:1. Fani obu drużyn nie mają pojęcia, że niebawem wszystko zmieni się na gorsze.

Premier League była czystą kartą. Nowym produktem, który miał umożliwić oglądanie futbolu na najwyższym możliwym poziomie. „Ojczyzna futbolowej rozróby” zmieniała swoje oblicze. Mierne dochody nikogo już nie satysfakcjonowały. Dotychczasowa First Division była jedną z wielu, nowa liga miała być tą jedyną. Najlepszą.

Tak się stało. Jednak nie wszystkim wyszło to na dobre. Po 92′ nastąpiło ogólne rozwarstwienie, liga stała się mniej wyrównana. Ile klubów zdobyło mistrza? 5? Trzy od lat uznane firmy, jeden „emirat arabski” i wyjątkowo Blackburn. Ale co z resztą? Co z Nottingham Forest, co z Sheffield Wednesday? Oba kluby są na marginesie, od lat nie mogą wejść do elity. Podobnie, jak wspomniane wcześniej Leeds – kiedyś na piedestale, dzisiaj zbierają marne okruszki. Manchester United przed powstaniem PL ostatni tytuł zdobył w 1967 roku. A teraz? Raz, dwa, trzy… 12 na 19 możliwych. To liga dla bogatych, dobrze marketingowo wyglądających firm.

Ale czy to ma przyszłość? Czy to nie jest czasem podcinanie gałęzi na której samemu się siedzi? Bo z kim teraz będzie grała Chelsea, Liverpool? Z Manchesterami? Z Arsenalem? 10 meczów w sezonie, to właśnie ta najlepsza liga świata? Hegemonia wielkiej piątki może stać się nużąca. Jednak tak teraz wygląda futbol. Coś za coś. W Hiszpanii mają gorzej.

Przyszłość ligi wykracza daleko poza granice kraju. „Mecz 39”, bo o nim mowa, to pomysł nie z tej bajki – każde spotkanie rozgrywane w innej strefie czasowej (unikamy transmisji równoległych), ogromny zysk i korzyści marketingowe, solidny futbol o stawkę, tam, gdzie go jeszcze nie było. W grę wchodzi cały świat: Australia, Ameryka Północna, Bliski Wschód, Azja Wschodnia i Południowo-Wschodnia. Wszędzie tam PL jest marką uznaną i pożądaną. Kolejka ma być rozgrywana w styczniu, gdy pogoda na Wyspach akurat nie dopisuje. Krytyka i poparcie nawzajem się przeplatają. Najsilniejszy argument przeciw, to oczywiście rozregulowanie systemu rozgrywek. Czas potrzebny na aklimatyzację jednak problemem nie będzie – zawodnicy dostaną na nią cały tydzień. Dodatkowa runda to zysk rzędu 80 milionów funtów. Mówi się o sezonie 2013/14.

Szejk Mansour, Roman Abramowicz, bracia Glazer – to oni pociągają za sznurki. Weszli z olbrzymim kapitałem, teraz zbierają profity. Logiczne. Premier League to ich podwórko. Resztę klubów mogą zbawić tylko potężne inwestycje ze strony ludzi podobnego pokroju. Tam już nawet nie ma niespodzianek. Liczy się tylko wielka piątka.

Rafał Hurkowski, FutbolNet

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: