Bengtsson, Jones, Deisler, czyli futbol za życie

Martin Bengtsson podcinał sobie żyły w rytm „Days” Davida Bowiego, Vinnie Jones specjalnie wysłał żonę do sklepu, ale od pociągnięcia za spust odciągnęło go błagalne spojrzenie ukochanego Jack Russel terriera, Sebastian Deisler w czasie gdy David Beckham przenosił się do Realu Madryt, właśnie przyjmował kolejną porcję leków w monachijskim Instytucie Psychiatrii… Depresja, presja, zła prasa. Sport na najwyższym poziomie.

– Jest coś bardzo złego w sposobie traktowania młodych piłkarzy, w tej całej chorej dyscyplinie, która ma na celu sprawdzić, czy jesteś wystarczająco silny. Stajesz się jak z kamienia i bardzo ciężko ci potem wrócić do realnego świata, rozpocząć nowe życie. Masz w sobie nieopisaną złość – wspominał Bengtsson. – Chciałem po prostu raz na zawsze opuścić ten mroczny świat futbolu i otworzyć pub gdzieś na południu Czech. Nie mogłem już dłużej znieść tego ciśnienia – mówił 25-letni Jan Simak, który kilka tygodni wcześniej zniknął z obozu Hannoveru bez śladu. – Wiem, że cierpię na depresję z powodu futbolu – odpowiedział Deisler jednemu z dziennikarzy.

Odchodząc już od stereotypów, że „tylko słabi chcą się zabić” (powiedzcie to Vinniemu Jonesowi) lub – co jeszcze bardziej bezsensowne – „bogaci i sławni depresji nie mają”, problemu natury psychicznej w zawodowym sporcie lekceważyć nie można. Istnieje zbyt wiele bodźców – ogromna presja, jeszcze większe pieniądze, ciągła ocena, przedmiotowe traktowanie – których przeciętny człowiek w takiej skali prawdopodobnie nigdy nie doświadczy. Powyższe w połączeniu z mniej odpornym typem osobowości zwykle kończy się tragedią, stąd tak wielką rolę odgrywa dziś szeroko pojęta psychologia sportu. Teraz każdy poważniejszy klub ma swojego specjalistę. Kiedyś bywało różnie. Szczególnie w sekcjach młodzieżowych, gdzie wsparcie jest przecież najważniejsze.

Po nieudanych próbach Ajaxu i Chelsea, 17-letni Bengtsson trafił do akademii Interu Mediolan. Chłopak był gwiazdą młodzieżowej reprezentacji Szwecji. Miał wielkie perspektywy i jeszcze większą pasję. Muzykę. W Mediolanie już na wstępie zabrano mu ukochaną gitarę. Innym razem – gdy podczas obozu kilku kolegów złapano z marihuaną – padł ofiarą odpowiedzialności zbiorowej. Przez długie miesiące młodych Nerazzurrich obowiązywał zakaz wychodzenia z ośrodka. To właśnie wtedy Bengtsson poczuł się jak w więzieniu. Jakimś cudem odzyskał gitarę, odsunął się od zespołu, zaczął pisać własne utwory. I doszło do tragedii.

– Pewnego dnia, po powrocie z meczu kadry w Finlandii, zobaczyłem, że sprzątaczka wyrzuciła wszystkie moje teksty. A to była przecież moja dusza, coś co pozwalało mi przetrwać w zamknięciu, z dala od rodziny i przyjaciół. Pragnąłem się uwolnić. Żyletka była wtedy jedynym sposobem. Chwyciłem ją i ciąłem tak mocno, jak tylko mogłem… Już wcześniej byłem bardzo chory, słyszałem głosy, noc zlewała mi się z dniem. Czułem, że liczy się tylko to, czy pieniądze zainwestowane we mnie przez klub, zwrócą się w przyszłości. Nie mogłem sobie z tym poradzić – wyznał po latach.

Z ogromną presją nie poradził sobie też Sebastian Deisler. Schemat mniej więcej jak u Bengtssona, tylko tak w skali 100:1… Sezon 1998/99. 19-latek znikąd przejmuje piłkę na własnej połowie, pędzi prawą flanką, tuż przed polem karnym ścina do środka, wyprowadza rywala w pole i mierzonym strzałem z 15. metra podwyższa na 2:0 dla Borussii Moenchengladbach. Komentatorzy ogłaszają narodziny nowej gwiazdy niemieckiego futbolu, dziennikarze porównują jego wyczyn do słynnego gola Beckhama z Wimbledonem, „tyle że Becks uderzył z połowy, Deisler miał tyle pewności siebie, że poszedł na żywioł” – zaznaczają. Chyba logiczne, kto miał w przyszłości rozdawać karty?

Wkrótce był już piłkarzem Bayernu Monachium oraz etatowym reprezentantem Niemiec. I nagle wszystko zaczęło się walić. 15 poważnych kontuzji, w tym 5 operacji (kostka, rzepka, więzadła – długo by wymieniać) – to chyba najważniejsze liczby w jego karierze. Najgorszy był jednak sezon 2003/04, kiedy trafił do psychiatryka. Depresja, rok przerwy i prawdziwa burza w niemieckich brukowcach. Dziennikarze rozkładali jego chorobę na czynniki pierwsze, jej źródeł doszukując się w rozwodzie rodziców oraz małomiasteczkowej mentalności (wielki świat futbolu miał być dla Deislera rzeczywiście za wielki).

Mijały miesiące, a emocje nie opadały. Popularny „Bild” poinformował, że piłkarza regularnie  odwiedzają buddyści z pewnej „tajemniczej” świątyni w Berlinie. „Dalaj Deisler” – głosił tytuł artykułu. Sprawa miała obrót dość absurdalny, bo Bayern wynajął wkrótce prywatnego detektywa, który miał rozpracować – jak mówili działacze – sektę nękającą ich piłkarza. Skończyło się na pretensjach Deislera, dlaczego klub nęka jego przyjaciół. W międzyczasie Edmund Stoiber, premier rządu Bawarii, stwierdził, że jego transfer do Bayernu (9 mln euro) to rażąca strata pieniędzy… Piłkarz załamał się jeszcze bardziej i po średnio udanym powrocie na boisko, w wieku zaledwie 27 lat zawiesił buty na kołku. Oczekiwania zdecydowanie nie zostały spełnione.

O destrukcyjnej sile prasy przekonał się również prawdopodobnie największy twardziel w historii futbolu, prekursor angielskiego stylu gry, specjalista od nakładek i nałogowy kolekcjoner czerwonych kartek – Vinnie Jones. Jemu akurat kubeł zimnej wody należał się jak najbardziej – facet łamał rywalom nogi, miażdżył im jądra (Paul Gascoigne wie o chodzi), a Wimbledon, na którego czele stał w latach 80., nie bez kozery nazywano „Szalonym Gangiem”. „Zanim padniemy, zostawimy ślady krwi stąd do Timbuktu!” – głosiło hasło przewodnie najbrutalniejszej drużyny wszech czasów.

„Hardman”, jak powszechnie nazywano Jonesa, otwarcie wyznał, że próbował się zabić z powodu złej prasy, że planował to od dłuższego czasu i że ogólnie cierpiał na depresję już od 10 lat. – Byłem zmęczony tym, że u wszystkich wokół wywoływałem negatywne emocje… To było najłatwiejsze wyjście, ale wtedy każdy sposób był dobry, byle tylko zejść ludziom z drogi i już nigdy nie być przyczyną ich nieszczęścia. Nie chciałem tylko, żeby znalazła mnie żona, więc wysłałem ją do sklepu, mówiąc, że idę do lasu postrzelać do gołębi – wspominał. Historia może trochę naciągana, szczególnie z tym błagalnym spojrzeniem psa, ale fakt faktem – losy Jonesa potoczyły się później zdumiewająco.

No właśnie, Bengtssona, Deislera i Jonesa, poza olbrzymim cierpieniem, łączy jeszcze jedno. Wszyscy trzej, po mocno burzliwym rozstaniu z piłką, zaczęli nowe życie.

Nie ma już Martina Bengtssona, jest „Waldemaar”, który robi w końcu to, na co Martina nie było stać. Tworzy muzykę. Zdarzyło mu się już nawet zagrać koncert w Mediolanie, a na półce jego 30-metrowego mieszkania spoczywa hitowa biografia: „W cieniu San Siro”. Jones – jak na ironię – też poszedł w sztukę. Zagrał już w tak kultowych filmach jak „Porachunki”, „Przekręt” czy „Eurotrip”, ale na ekranie jak na boisku: zawsze w roli twardziela, zwykle zbira. Tylko Deisler usunął się w cień. W 2009 roku wydał co prawda książkę „Powrót do rzeczywistości”, jednak przyszłość wiąże raczej z fizjoterapią. Po drodze miał jeszcze jakieś problemy z nieruchomościami, zaufał nieodpowiednim ludziom, ale na biednego nie trafiło. Ma za co żyć i żyje tak jak sobie wymarzył: w spokoju.

Oni oddali futbol za życie. Niestety, lista tych, którzy postąpili na odwrót wcale nie jest taka krótka…

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: