Radosny futbol na Wyspie Wielkanocnej

Odkryta w Wielkanoc 1722 roku – stąd jej nazwa – latem 2009 roku miała swój wielki dzień. „Mecz stulecia” – promowała wydarzenie FIFA. Zbieranina miejscowych rybaków i rolników, wyselekcjonowana przez byłego reprezentanta Chile, podejmowała „Eterno Campeon” – najbardziej utytułowany klub (dziś 30 mistrzostw, 1 Copa Libertadores) z kraju Arturo Vidala. Wyspa Wielkanocna vs. Colo-Colo. Jakiś wyższy poziom abstrakcji.

Na boisku piasek mieszał się z trawą. – Nie wychodziliśmy na murawę przez dobry miesiąc, by utrzymać ją w jak najlepszych warunkach – mówił przed meczem jeden z tubylców. Z jednej strony plaża, Ocean Spokojny, z drugiej – liczące sobie ponad 1000 lat legendarne posągi moai. Gości powitała tradycyjna haka – taniec wojenny, spopularyzowany przez rugbystów Nowej Zelandii – w wykonaniu kibiców oraz samych piłkarzy. Niezwykła dla futbolu sceneria. Dwa wielkie dźwigi z kamerami zupełnie się w nią nie wpisywały.

I wcale nie mówimy o jakimś tam sparingu – mecz rozegrano w ramach czwartej rundy Pucharu Chile, na który Rapa Nui (jej polinezyjska nazwa) otrzymała specjalne zaproszenie. – To turniej dla każdego Chilijczyka. Nikt nie powinien być z niego wykluczony – mówił wzniośle prezydenww1t krajowej federacji, Harold Mayne-Nicholls. Podobnie jak z FIFA i Katarem – światowa federacja objęła zresztą patronat nad akcją – i tu pojawiły się hasła, typu: globalna wizja gry czy odkrywanie nowych krain. To wszystko na pewno idee godne poparcia. Szkoda tylko, że Puchar Chile 2009 okazał się ostatnim Pucharem Chile na Rapa Nui. Jak dotąd.

Odkrywanie nowych krain. W tym przypadku trzeba to brać dosłownie – 2078 kilometrów do najbliższej zamieszkałej wyspy, 3600 kilometrów do wybrzeży Chile. Odległości dla wielu nie do pokonania… – Jako 19-latek grałem na trzech turniejach w barwach Deportes Puerto Montt (dość poważny klub, kilka sezonów w ekstraklasie – red.), mówili, że mam potencjał, że może coś ze mnie wyrośnie. Niestety, Rapa Nui jest tak daleko, że trenerowi zabrakło odwagi, by wziąć mnie chociaż na próbę. W końcu wybiłem sobie marzenia z głowy, zająłem się pracą i już nigdy nie wróciłem na ląd – mówił Jovino Tuki, jeden z reprezentantów wyspy.

PR-owy chwyt Federacion de Futbol de Chile trafił więc w sedno. Na kilka tygodni przed zaplanowanym terminem, Mayne-Nicholls wysłał na Rapa Nui Miguela Gamboę – byłego piłkarza Colo-Colo, 19-krotnego reprezentanta Chile oraz uczestnika Mundialu 1982. Cel był prosty: wyselekcjonować, wytrenować, zagrać z mistrzami kraju. Problem tylko, że na wyspie rozegrano dotąd jedynie dwa głośniejsze mecze (oba z archipelagiem Juan Fernandez, jeden wygrany 16:0!), w tym żadnego oficjalnego (zatwierdzonego przez FIFA), a zawodnicy, zrzeszeni w sześciu klubach „pieśni i tańca”, wymagali szkolenia od podstaw…

Moi piłkarze jeszcze nie wiedzą co to profesjonalny futbol. Stają przed wielkim wyzwaniem. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z przepaści jaka dzieli oba zespoły – niektórych zawodników musiałem uczyć ustawienia, techniki strzału… No ale przygotowałem ich możliwie jak najlepiej i na pewno nie poddadzą się bez walki! – zapowiadał z uśmiechem Gamboa.

Nadszedł dzień meczu. Sierpień. Wiatr znad Pacyfiku daje się we znaki. Dla mieszkańców wyspy to jednak żaden problem – stawiają się tłumnie, w liczbie ok. 4 tysięcy! Praktycznie cała ludność Rapa Nui (na rok 2012: 5761 mieszkańców). Śpiewają, ww2malują sobie twarze, tańczą hakę – jeden wielki karnawał. Coś jak pucharowy mecz Bytovii Bytów z Wisłą Kraków, rozegrany dwa miesiące później (też głód futbolu, też wielka radość, impreza). Tylko tak razy sto. Wkrótce do tubylców dołączają fani Colo-Colo. Prawdziwi fanatycy – przemierzyli prawie 4 tysiące kilometrów, tylko po to, by zobaczyć 90 minut piknikowego futbolu. Zaczyna się integracja.

Chilijski Manchester United, pierwszy klub Arturo Vidala i Matiasa Fernandeza, ostatni Ivana Zamorano. W 2009 roku już bez wielkich gwiazd, ale z reprezentantami Chile i Paragwaju. Naprzeciwko 35-letni muzyk i tancerz Miguel Guzman, 32-letni urzędnik Jovino Tuki oraz 30-letni Roberto Pena – król lokalnych skwerów i podwórek (bo na boisku zakaz gry w piłkę)… Słowem – takie klubowe San Marino.

Przegrana 0:4 – jak na piłkarską podstawówkę, wynik bardziej niż przyzwoity. Zabawa trwała do późnych godzin nocnych. Sam mecz – dzięki popularnemu kanałowi 13. – oglądało całe Chile. Rapa Nui miało swoje pięć minut. Egzotyka szybko się jednak nudzi i wraz z Colo- Colo, z ich kibicami, z olbrzymimi telewizyjnymi dźwigami, profesjonalny futbol zniknął z wyspy na stałe. Nie było kolejnego zaproszenia na Puchar, nie było kolejnego oficjalnego spotkania. Hasło „Mecz stulecia” może niestety dotyczyć szerszego wymiaru czasu. Szkoda, bo takich obrazków jak wyżej zdecydowanie brakuje w dzisiejszym futbolu.

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: