Jak futbol przegrał z „medycyną”. Marek Citko – Heros ’96

Arek Milik 1996 roku. Strzelec-bramek symboli. Z Atletico tuż zza linii środkowej przelobował bramkarza. Kosmos. Gol z miejsca wylądował w TOP 50 Ligi Mistrzów. Z Anglią już mniej efektownie, ale to nadal jedno z trzech polskich trafień na Wembley, w dodatku wyczekiwane od 23 lat. Widzewiak odbierał nagrody hurtowo. A to „Odkrycie Roku”, a to „Piłkarz Roku”, a to nawet „Sportowiec Roku”. Wszystko skończyło się 17 maja 1997. To chyba najsłynniejsza kontuzja w polskim futbolu.

Skala jego talentu była tak wielka, że nadal jest jedynym niespełnionym odkryciem „Piłki Nożnej”, o którym co rusz się wspomina. Nie mówi się dziś przecież o Adamie Kompale (1999), Tomaszu Moskale (2001) czy Marcinie Nowackim (2003). Citko to jakiś zupełnie inny poziom. Bo jego talent nie był złudzeniem. Umiejętności skradły mu czynniki zewnętrzne. Czy problem leżał w głowie, czy w nogach – nieważne. Jego historia to nerwica lękowa każdego piłkarza.

Jedna runda, osiem bramek, tysiące marzeń

W głosowaniu Audiotele zdobył 34 tysiące głosów – druga Renata Mauer, złota medalistka z Atlanty, zgromadziła ich zaledwie 30 tysięcy. Najlepszym piłkarzem wybrali go czytelnicy katowickiego „Sportu” i eksperci (trenerzy oraz zawodnicy ekstraklasy) krakowskiego „Tempa”. Wyłamała się natomiast „Piłka Nożna”, która „Piłkarzem Roku” ogłosiła Piotra Nowaka, Citce przyznając tylko skromny tytuł „Odkrycia”. Jednak jej czytelnicy nie pozostali dłużni. W oddzielnym plebiscycie na widzewiaka głosowało aż 77 procent, na Nowaka – jedynie 8…

Naród jest impulsywny. Wybuchła „Citkomania”. Wszystkie te głosowania ukazują tylko, jak wielki mieliśmy głód. Jak bardzo potrzebowaliśmy bohatera. Wspomniane bramki-symbole padły w odstępie 15 dni. A przecież jeszcze trafienia z Ruchem Chorzów – gol roku według magazynu „Gol” – i Borussią Dortmund. Wyobraźnia snuła plany… Nikogo nie obchodziło, że poza Ruchem, to wszystko bramki honorowe.

– Rok 1996 był dla mnie udany, lecz chciałbym podkreślić, że wiele sobie obiecuję po roku 1997! Mam jeden, ale za to bardzo konkretny cel: ponownie, tym razem z większym powodzeniem, zagrać w Lidze Mistrzów! Albo w barwach Widzewa, albo jako zawodnik jednego z czołowych klubów zachodnioeuropejskich. Na razie jednak nic nie wskazuje, że zmienię klubowe barwy. Przynajmniej do czerwca 1997 roku… Wierzę, że za 12 miesięcy nie będę miał w Polsce konkurencji – mówił na gali „Piłki Nożnej”.

Mit o Achillesie – na żywo

Jedna runda, osiem trafień, tysiące marzeń. Żadne z nich nie spełnione. Koniec Citki równa się z końcem Ligi Mistrzów dla Polski. Transfer? Odpowiadając tajemniczo „czerwiec 1997”, myślał o Liverpoolu. Ponoć wszystko było już ustalone. Wcześniej lekką ręką odrzucił ofertę Blackburn (4 miliony funtów), nawiązując z kibicami pozorne braterstwo krwi. W międzyczasie dołożył bramkę z Brazylią, trzy razy trafił w ekstraklasie. Europa wiedziała z kim ma do czynienia. Marek Citko udowodnił, że nie jest już tylko wielkim talentem, ale przyszłym następcą Zbigniewa Bońka. Nikt nie przypuszczał, że tytuł „Bello di Notte”, legenda Juventusu odda dopiero w 2013 roku.

A potem stało się to. Ile luster musiał zbić Citko, pozostanie tajemnicą. W 62. minucie meczu z Górnikiem, łódzka „szóstka” pada na murawę. Zero kontaktu z rywalem. Diagnoza: zerwanie umożliwiającego bieganie, skakanie oraz uderzenie piłki ścięgna Achillesa. I choć z początku przewidywano gips na 1,5 miesiąca, przerwę na pół roku, a sportowi reporterzy tematu nie rozwijali, uważając go za nic szczególnego, Markowi Citce kariera legła w gruzach. Mit o Achillesie chyba nigdy nie był tak realny. Genialny piłkarz znikł. Z pół roku zrobiło się 16 miesięcy. Jak jesień 1996 okazała się dla niego rajem, tak wiosna 1997 – ostatnim kręgiem piekła. Niepojęte są koleje losu.

Bóle pojawiły się już w styczniu. Ambicja Citki nie znała jednak słowa „stop”. Marzył o Lidze Mistrzów, o Mundialu, o drugim z rzędu mistrzostwie Polski. Rezultatem tych wielkich obciążeń – zmiany zapalne w ścięgnie Achillesa. W marcu pojechał na bliżej nieokreślone zabiegi do Freiburga, po których nie czuł się dobrze, ale że chciał grać – po prostu przestał się skarżyć. Lekarz był bezradny. Bóle się nasilały. Citko wynalazł jakiegoś szarlatana, który obiecał, że po kilku krótkich zabiegach – nie wymagających przerwy w treningach – wszelkie dolegliwości znikną. „Krótkie zabiegi” polegały na wstrzykiwaniu preparatu sterydowego…

Dziewięć miesięcy grubych, dziewięć lat chudych

Potem, jak to na „blokadzie”, chwilowa poprawa – ból znikł, mógł trenować i grać. Na dłuższą metę jednak ścięgno jeszcze bardziej się osłabiło i w końcu zostało zerwane. – Nie słuchał mojego sprzeciwu. A przecież wszystkiemu można było zapobiec! Bliźniaczy przypadek miałem z Rafałem Siadaczką, ale że w porę zainterweniowałem – szybko wrócił do gry. Tu nie miałem nic do gadania – żalił się na łamach „Piłki Nożnej” Antoni Nockowski, klubowy lekarz Widzewa. – Na pewno jest trochę mojej winy, trochę innych osób. Ale stało się. Mogę tylko obiecać, że wyciągnę z tego wnioski… – mówił z kolei Citko.

Wnioski zdały się na nic. Cały sezon 1997/98 przeszedł mu koło nosa. W reprezentacji i w Lidze Mistrzów nie zagrał już nigdy. Mistrzostwo Polski oglądał z trybun. Po powrocie na boisko był cieniem samego siebie. Bał się kontaktu, snuł się po murawie. Ciężko powiedzieć, jaką rolę odegrała tu psychika, a jaką ograniczenia fizyczne. Miewał jednak przebłyski. Raz na kilka lat, przez kilkanaście sekund, co starsi kibice oglądali starego, genialnego Citkę. Tak było w 2006 roku, kiedy trafił bezpośrednio z rzutu rożnego. Inna półka, inne czasy – tym razem nie Atletico, ale Zawisza Bydgoszcz. Nie Liverpool, ale Polonia Warszawa. Od pucybuta do milionera – tylko że w drugą stronę.

Najważniejsze jednak, że się nie załamał. Nie poszedł w ślady Aleksandra Kłaka, wielce utalentowanego bramkarza, który skończył jako kierowca autobusu i który latami przemierzał najciemniejsze zakątki ludzkiego umysłu. Podobny okres, zmarnowana kariera. Kłak co prawda nie doświadczył takiej traumy jak Citko, ale zjadły go chore ambicje, których i u Citki nie brakowało. Przede wszystkim zjadł go jednak alkoholizm i w jego wyniku – wspomniana nerwica lękowa. Także duży szacunek. Jak silny trzeba mieć charakter, by się po czymś takim otrząsnąć. By zaakceptować fakt, że z wielkiej kariery zostały ci już tylko drogi zegarek i srebrna plakietka: „Odkrycie Roku 1996”…

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: