Alfredo Di Stefano: Beckham, Ronaldo i Zidane w jednym

– Alfredo, zachowaj swoje atuty na później. To ma być najgorszy mecz w twoim życiu – rzekł mu legendarny Santiago Bernabeu. I choć gwizdy były przerażające, a Nancy zmiażdżyło Real 4:2, on właśnie spełniał marzenia. Wkrótce Barcelona zrzekła się wszelkich praw. – Mamy już Kubalę, a ten Di Stefano to jakiś amator. Nie chcemy go nawet na rok! – miał powiedzieć jej trener, Ferdinand Daucik. Za miesiąc Real gromi Barcę 5:0 – autorem czterech bramek: Alfredo Di Stefano.

I tak narodziła się legenda Realu Madryt – z początku miał występować sezon w Madrycie, sezon w Barcelonie (o tym później) – pierwowzór piłkarza doskonałego i chyba najbardziej wszechstronny zawodnik w historii. Di Stefano mógł grać dosłownie wszędzie. Podczas finału Pucharu Mistrzów z Eintrachtem Frankfurt, najpierw wybił piłkę z linii bramkowej, potem ustrzelił hat-tricka i zapewnił Realowi zwycięstwo 7:3. Innym razem udowodnił, że jest świetnym bramkarzem – w Superclasico 1947 (Boca Juniors – River Plate) zastąpił z powodzeniem Amadeo Charizo, a gdy tylko wrócił do ataku, znów przesądził o losach spotkania. Był tak dobry, że kibice wrogiego Atletico Atlanta, którzy wcześniej dali mu srogi wycisk, osobiście dostarczyli go do szpitala, tytułując niezmiennie: „mistrzem z River Plate”.

– Futbol nie zna drugiego tak kompletnego piłkarza – zaczyna Tadeusz Fogiel, który widział go na własne oczy. – Szybki jak Ronaldo, dryblujący jak Messi, z wizją jak… Di Stefano. Genialny taktyk. Jako snajper też nie miał braków: gra głową, obie nogi, strzały z daleka, wykańczanie akcji, instynkt (818 bramek w 1115 meczach – przyp. red.) – wszystko na najwyższym poziomie. Łączył w sobie styl południowoamerykański z tym, który prezentowała „złota jedenastka” węgierska. Dużo krótkich podań, gra kombinacyjna, fantazja. Był liderem z charyzmą, który dobro zespołu przedkładał nad swoje własne. Gdy tak teraz wspominam tamten mecz z Reims (finał Pucharu Mistrzów 1959), to naprawdę – gra tercetu Kopa-Gento-Di Stefano, nawet w czasach Messiego i Ronaldo nie mieści mi się w głowie.

No właśnie, „lider z charyzmą”. Każdy, kto go poznał, wie jedno. Od tego dziarskiego staruszka bił taki autorytet, że on nawet nie musiał się odzywać, a już wszyscy wokół byli na każde jego skinienie. Inni mówią o trudnym charakterze, zarozumiałości i władczych zapędach, które na starość co prawda trochę zelżały, a swoje apogeum miały w latach 50. To przecież Di Stefano wydał zgodę na transfer Puskasa. To Di Stefano dowodził Gento i Kopą. W końcu to Di Stefano odesłał do Brazylii Didiego, bo po prostu nie było mu z nim po drodze. Jego status był tak znaczący, że gdy w 1963 roku porwali go wenezuelscy terroryści, nawet nie zażądali okupu – wystarczyło 40 godzin niewoli, a już mówił o nich cały świat. I taki właśnie był cel.

Di Stefano uwielbiali wszyscy. Za świetny mecz z Fiorentiną, pewna bogata wielbicielka zafundowała mu dom na Majorce, medale odbierał z rąk generała Franco, a taką swoistą klamrą tej miłości, był rok 2000 – tytuł honorowego prezesa Realu Madryt. Nikt dla „Królewskich” nie zrobił więcej niż on. Pięć Pucharów Mistrzów z rzędu (lata: 1956-60) – w każdym z finałów co najmniej jedna bramka – Klubowe Mistrzostwo Świata, osiem mistrzostw Hiszpanii, Puchar Hiszpanii, wszystko zwieńczone pięcioma tytułami króla strzelców La Liga (w sumie 405 goli w 624 meczach), dwoma Złotymi Piłkami (1957, 59 – najlepszy okres w jego karierze, choć miał już 30 lat!) oraz Super Złotą Piłką. Trofeum w historii przyznanym tylko jemu… I pomyśleć, że miał grać w Barcelonie.

Z tą Barcą to zresztą świetna komedia. Na swoje 50-lecie (1952 rok), Real zaprosił Millonarios Bogota. Kolumbijski klub Di Stefano, do którego – zdołowany niskimi zarobkami – uciekł z River Plate. Nikomu nieznany Argentyńczyk, z miejsca oczarował 70 tysięcy Hiszpanów. – Muszę go mieć, bez względu na koszty! – oznajmił Santiago Bernabeu. Pech chciał, że na meczu był też gość z Barcelony… Negocjacje podjęły oba kluby. Oba też zapłaciły: Real Milionerom, Barca – River Plate. Wybuchł proceduralno-prawny spór, który rozwiązać mogła już tylko FIFA. I oto Jules Rimet – jej ówczesny prezes – wpada na „genialny” pomysł: Di Stefano będzie grał sezon w Realu, sezon w Barcelonie i tak przez cztery lata. Później miały miejsce wydarzenia opisane we wstępie.

Po 21 latach Real został mistrzem Hiszpanii, po kolejnych 20 – Di Stefano okrzyknięto jego piłkarzem wszech czasów. Dlaczego więc tak wielkiej postaci, nie stawia się go dziś na równi z Pele i Maradoną? Ale czy na pewno się nie stawia? – Ludzie mówią, że najlepszy byłem ja i Maradona, jednak dla mnie najlepszym graczem zawsze był Di Stefano – wyznał kurtuazyjnie Brazylijczyk. – Zdecydowanie, zawodnik wszech czasów – dużo lepszy niż Pele. Był jednocześnie kotwicą w obronie, rozgrywającym w pomocy i najgroźniejszym napastnikiem z przodu – twierdził Helenio Herrera. – Największy z największych. Potrafił nie tylko strzelać bramki, kreować grę, ale pozwalał też strzelać innym. Mój patron na boisku. Razem zdobyliśmy wszystko – zamknął temat Raymond Kopaszewski.

Di Stefano to piłkarz z pogranicza epoki pionierów, gdy futbol dopiero wchodził w fazę popularności i epoki Pelego, gdy osiągnął jej apogeum. Ale gdyby wystąpił na mundialu, może mógłby z nim konkurować? Skutecznie uniemożliwiły mu to jednak cykliczne absencje Argentyny – dziwna polityka peronistów oraz konflikt z FIFA – sprzeciw światowej federacji co do jego gry dla Kolumbii (rozgrywał tylko mecze nieoficjalne) i w końcu – gdy był już w kadrze Hiszpanii na turniej w Chile – kontuzja. Odtąd zarzucił karierę międzynarodową, a jego jedynym sukcesem pozostaje Copa America 1947. Trzeba jednak dodać, że podczas mundialu 1962, to wcale nie selekcjoner Coronado Hernandez, wcale nie trener Helenio Herrera, tylko właśnie Alfredo Di Stefano decydował o grze reprezentacji. Inna sprawa, że Hiszpania zajęła wtedy ostatnie miejsce w grupie.

Na kanwie trenerskiej może nie było tak źle, jak na reprezentacyjnej, ale w porównaniu do jego dawnych sukcesów – nic specjalnego. Zaczął ambitnie, bo od 40-letniego(!), grającego trenera w Elche. Raz poprowadził Boca Juniors do mistrzostwa Argentyny, raz Valencię do mistrzostwa Hiszpanii, a przez 40 dni był nawet trenerem Sportingu Lizbona. Większe sukcesy zaczęły się w latach 80. – z Valencią: Puchar Zdobywców Pucharów 1980, z Realem: finał PZP 1983. Tamtego sezonu został zresztą pokonany na czterech innych frontach: w finale Pucharu Króla, Pucharu Ligi, Superpucharu Hiszpanii, a w La Liga wylądował punkt za pierwszym Athletic Bilbao… Największy sukces? Emilio Butragueno!

Przez lata rozważano, dlaczego nie był takim trenerem, jak piłkarzem. Może za dużo wymagał od swoich zawodników? Może pragnął, by grali jak on? A to przecież nieosiągalne… Kiedyś, spytany przez dziennikarza jakiego z obecnych graczy przypomina, odpowiedział: „Byłem mieszanką Zidane’a, Messiego, Cristiano i byłem tak ładny jak Beckham!”. Starszy pan nigdy nie stracił dowcipu. I choć w akcji oglądali go tylko nieliczni, był bożyszczem wszystkich Madridistas. Jego imieniem nazwano ośrodek w Valdebas, postawiono mu pomnik, był na każdej ważniejszej prezentacji Realu. To on wręczał koszulki Ronaldo (obu), Zidane’owi, Figo. Odchodził jako człowiek spełniony i bardzo majętny. Mieszkał w pałacyku nieopodal Santiago Bernabeu, a w ogrodzie wzniósł ołtarzyk, ku czci przedmiotu, który zapewnił mu sławę. „Gracias, Vieja” (z hiszp. Dzięki, Stara) – głosi napis zdobiący okrągłą rzeźbę.

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: