Heleno de Freitas. Piłkarz, który przepadł w labiryncie podań

Gdy Pele podnosił złotą Nike, on właśnie wybierał jak umrze. Najpierw włożył do ust całą paczkę papierosów, podpalił, ale nie poskutkowało. Następnie zerwał ze ścian wszystkie artykuły na swój temat i, połykając jeden po drugim, czekał na udławienie. Wcześniej uzależnił się od eteru, w kasynie przegrał fortunę, przyłożył prezesowi do skroni pistolet. Odmówił leczenia, bo uważał, że to zaprzepaści jego karierę…

Aż niewiarygodne, że wszystkie te katastrofy dotknęły jednego człowieka. Piłkarza, w dodatku prawnika, ikonę Botafogo. Heleno de Freitas żył tylko 39 lat. Dokładnie tyle, ile miał Romario, gdy po raz ostatni zostawał królem strzelców. Jego historia jest pełna sukcesów i dramatów. Nie ma w niej stanów pośrednich. Mimo to, poza Brazylią nie zna jej prawie nikt. Tam nadal jest krążącą pomiędzy miastami legendą. Esencją lat 40. w brazylijskim futbolu. Słynnym narcyzem, którego spotkała okrutna kara za własne przywary.

Książę, król, niemalże bóg

Heleno właśnie żongluje pomarańczami. Bawi się, wyprawia niesamowite rzeczy. Nagle podchodzi do niego jakiś człowiek. Przedstawia się jako Carlito Rocha i twierdzi, że jest skautem „Wspaniałych” z Botafogo. Okazuje się, że obserwował go już wcześniej. Posyła chłopcu wiązankę komplementów, a po chwili proponuje nawet trening z pierwszą drużyną. Młodzieniec nie waha się ani chwili. Z uśmiechem opuszcza Copacabanę, by nazajutrz powitać Estadio Caio Martins. W wieku 17 lat wchodzi do pierwszego składu. W wieku 22 lat jest najlepszym piłkarzem Botafogo. Gdy kończy lat 27 – kontynent południowoamerykański nie zna lepszego od niego.

Może wydać się to absurdalne, zważając na jego obecną nieznajomość, ale przez blisko dekadę był w Brazylii kimś na miarę Leonidasa da Silvy, czy później nawet Pelego. Mówiono o nim zupełnie jak dziś o Neymarze. Był jednym z tych cudownych dzieciaków – profesorów z faweli. Grał prawie tak szybko, jak żył poza boiskiem. Prowadził piłkę z niespotykaną dotąd lekkością. Niezwykle elegancko składał się do kolejnych strzałów. Pilnowany przez tuzin rywali, notorycznie zdobywał bramki piersią! Na swoją cześć doczekał się nawet poematu.

Eduardo Galeano pisał o chłopcu, który wiódł życie jak z bajki. O piłkarzu, którego wielbiły tłumy. W końcu o „Księciu Rio de Janeiro”, którego miasto karnawału czciło niemalże, jak Jezusa z górującego nad nim Corcovado… Heleno eksponował tę wielkość na każdym kroku. Kiedyś zamiast wejść na boisko razem z kolegami, wjechał na nie motocyklem. Po skrytykowaniu drużyny, że ta nie dorównuje mu umiejętnościami, zdobyłbramkę od razu pokazując trybunom dwa palce zwiastujące kolejne trafienie. Tym razem tylko asystował. Nikt jednak swoich braw nie kierował strzelcowi gola. Botafogo dobijało właśnie znienawidzone Fluminense, a prawdziwym bohaterem był, rzecz jasna, Heleno de Freitas.

Zaklęty krąg – między marzeniami, piłką a demonami

Za dnia rządził zespołem, nocą panował w klubach, a jego życie towarzyskie zawarło się w jednym znamiennym słowie. W chorobie, z którą zmagał się do końca swoich dni, na którą w rezultacie umarł i której latami tak bardzo się wstydził. Właśnie na nią nie chciał się leczyć. Kiła obok eteru zmarnowała mu całą karierę. Wcześniej spał jednak z samą Evą Peron. Słynną „Ewitą”, żoną prezydenta Argentyny Juana Peróna, którego notabene też kiedyś była kochanką… Czemu się jednak dziwić? Facet miał spojrzenie Rudolfo Valentino i brał z życia garściami. W przerwie od przyjęć zdobył – uwaga – dyplom prawniczy. Był lekkoduchem z pozycją i wyglądem gwiazdy filmowej. Nie mogły mu się oprzeć nawet najbardziej wpływowe kobiety świata.

Właściwie nie wiadomo, kiedy to się stało. Kiedy ego przerosło jego możliwości. Heleno miał wielkie marzenia. Pragnął podnieść Puchar Świata, wygrać ligę z Botafogo. Zapisać się w historii jako najlepszy piłkarz globu. Pech chciał, że rozpoczął karierę rok po ostatnim przedwojennym mundialu we Francji, a w 1950 roku był już wrakiem człowieka. Wcześniej przegrał dwa argentyńsko-brazylijskie finały Copa America i mimo że w pierwszym z turniejów został nawet królem strzelców, na próżno było szukać w jego oczach choćby krzty szczęścia. Czuł nieopisaną presję – od fanów, od działaczy, od siebie. Stawał się coraz bardziej agresywny. Walczył z przeciwnikami, walczył z sędziami, a nawet z kolegami z drużyny. Lecz przede wszystkim – walczył sam ze sobą.

Heleno korzystał ze sławy jeszcze bardziej, pił jeszcze mocniejsze alkohole, a jego liczne drobne miłostki, błyskawicznie przerodziły się w monstrualnych rozmiarów femme fatale. Z chwilą gdy zaczął przenosić swą frustrację na boisko, doczekał się szyderczego pseudonimu: „Gilda”, co w dawnej Brazylii oznaczało „lalusia”, który tylko „wygląda” i dużo gada. Apogeum jego końca nastąpiło jednak w Argentynie. Okrutnym zrządzeniem losu Botafogo wygrało w końcu ligę. Ale jego nie było już na pokładzie. Był w Buenos Aires, grał dla Boca Juniors. Dająca się we znaki kiła, rozrywająca umysł frustracja, narastające okrzyki: „Gilda!” – tego wszystkiego było już za wiele. W drodze na samo dno towarzyszyła mu, jak zwykle wilgotna, chusteczka z eterem

Gdy życie zmienia się w umieranie

Rocha śpi. Jest zupełnie bezbronny. Nagle próg jego mieszkania przekracza Heleno de Freitas. Zrywa nowego prezydenta Botafogo z łóżka i staje z nim twarzą w twarz. Jest wściekły. Żąda wyjaśnień. To właśnie on, jego wynalazca, ten który zapewnił mu prawie dekadę wspaniałej kariery. To on zabiera mu teraz wszystko (Heleno uważał transfer do Argentyny za olbrzymią złośliwość, twierdził, że Rocha wyrzucił go jak psa). De Freitas w ramach zachęcenia kolegi do rozmowy, przystawia mu do skroni pistolet…

Wszystko nagle stało się jasne. Obaj dobrze o tym wiedzieli. Rozpłakany prezes wziął wkrótce piłkarza w ramiona i z ojcowskim instynktem pochylił się nad jego dramatem. Nie wiadomo na ile jego łzy były prawdziwe, ale to właśnie wtedy skończyło się życie Heleno. Zaczęło się umieranie.

Nie było kolejnej bramki (210.), nie było kolejnego meczu (236.) dla Botafogo. Nie było więcej szaleńczego aplauzu, ani kolejnego wywyższania się nad kolegami. Nie było przyjęć, kobiet, nie było też przyjaciół. To niesamowite jak szybko z obiektu westchnień, można się przeobrazić w przedmiot największych drwin. Ktoś kiedyś powiedział: albo go kochałeś, albo nienawidziłeś. W tym momencie był akurat wszystkim obojętny. Stary Heleno tak bardzo pragnął poklasku, że gdy tylko odchodził na bok, zaczynał wariować. Nowemu Heleno właśnie zakładano kaftan bezpieczeństwa…

Nienawiść do Pelego

Ten facet to bardzo ciężki przypadek. Żył na pograniczu fikcji i rzeczywistości. Był trochę jak Odyseusz, który chwaląc się własnymi dokonaniami, ściągnął na siebie klątwę. Ale w jego życiu nie było możliwości powrotu. Zresztą nikt już na niego nie czekał. Spętamy myślami samobójczymi umysł nie pozwalał mu wykonywać najprostszych czynności. Po genialnym piłkarzu, prawniku (!), wielkiej osobistości, ślad nagle zaginął. Zamiast chodzić po salonach, spoglądał na to, co zostało z czasów jego świetności. Na te strzępki gazet, którymi wkrótce będzie chciał się udławić.

Lecz czasem w tej ludzkiej skorupie pojawiało się życie. Gdy Pele dokonywał niemożliwego, coś w nim pękało. Nigdy nie było mu dane zagrać na mistrzostwach świata, tymczasem ten 17-letni młokos właśnie całował złotą Nike. Jego złotą Nike. Ukradł mu tytuł księcia Rio de Janeiro… Resztę swoich dni Heleno spędził gnijąc w hospicjum. Był blisko swojej Itaki, ale już nigdy nie zdjął łachmanów żebraka.

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

fot. Blackcat

Advertisements

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: