Z pamiętnika Goliata: Od bramki Furtoka po powrót Rudego

Polska rzadko kiedy wciela się w rolę Goliata. We współczesnym futbolu takich sytuacji można szukać ze świecą. Gdy cudowne lata 80. nieśpiesznie dobiegały końca, a ostatni poważny sukces czekał nas w Barcelonie, ktoś mądry wpadł właśnie na genialny pomysł. Oto do UEFA wstąpiła reprezentacja San Marino. We wtorek zagramy z nią po raz ósmy.

„Błękitni” z Serravalle to przeciwnik idealny dla takich drużyn, jak Polska. Dzięki nim nawet przeciętniacy mogą w końcu kogoś rozgromić. Koledzy legendarnego już Andy’ego Selvy dadzą się łatwo zdominować, strzelić sobie kilka lub kilkanaście goli, a na koniec jeszcze podziękują i opuszczą murawę z uśmiechem. Prawdziwy piłkarski Caritas.

Aż łezka się w oku kręci na samą myśl o ich słynnym remisie 0:0 z Turcją. Podopieczni Giorgio Leoniego fetowali sukces całymi miesiącami, uczynili z niego święto narodowe, a eskalacją ich radości były zrobione na specjalne zamówienie koszulki z napisem „0:0”. Oryginalne trykoty przywdziewali niezmiennie w kilku następnych spotkaniach… Czy w ogóle można ich nie lubić?

Ci przesympatyczni amatorzy na drodze „Biało-Czerwonych” stawali (to chyba złe słowo) zaledwie siedmiokrotnie. I zawsze w przegranych dla nas eliminacjach. A więc teza, że są naszym najlepszym lekarstwem na frustrację, wcale nie będzie taka naciągana. Bramkowo prowadzimy z nimi aż 28:0 (chyba nie trzeba dodawać, że ani razu nie zremisowaliśmy?).

Z okazji najpewniej kolejnego polsko-sanmaryńskiego łomotu, który w końcowym rozrachunku i tak będzie znaczył tyle co nic, ku chwale naszych dobroczyńców z Półwyspu Apenińskiego, przypominamy dwa według nas najciekawsze spotkania. Od ręki Jana Furtoka po powrót Andrzeja Rudego. Zakładamy więc maskę Goliata, pompujemy ego i ruszamy!

Ale czy na pewno będzie tak łatwo i przyjemnie?

***

28.04.1993 r., Łódź
Polska – San Marino 1:0 (eliminacje MŚ 1994)
Bramka: Furtok 70.

– Będę szczery: bardziej obawiam się Polski niż Anglii czy Holandii. Polski zespół porównałbym do zranionego tygrysa, który ma bardzo duże możliwości, jest szalenie groźny, lecz nie zawsze udaje mu się dopaść celu – mówił przed meczem prezes federacji San Marino, Giorgio Crescentini.

Po już wspomnianym bezbramkowym remisie z Turcją i 0:6 z Anglią na Wembley, on i jego reprezentanci bez krzty ironii mieli duże powody do zadowolenia. Za nic wzięli sobie prognozy bukmacherów, jakoby „Synowie Albionu” nie wyszli „przed 12” i z podniesionymi głowami opuszczali legendarny stadion w akompaniamencie angielskich braw. Z Polską ponoć miało im pójść zdecydowanie ciężej…

Strejlau do Bako: Nie będziesz potrzebny

Ich selekcjoner Giorgio Leoni był wówczas człowiekiem bardzo zajętym. Na co dzień prowadził sanmaryńskie SS Juvenes, którego szefowie z czasem zaczęli na niego narzekać. Szkoleniowiec był bowiem zapalonym kolekcjonerem znaczków pocztowych i monet. Ta druga pasja zaabsorbowała go do tego stopnia, że kilka miesięcy wcześniej otworzył sklep numizmatyczny, przez co zaniedbywał obowiązki futbolowe. W reprezentacji miał z kolei chemika (Stefano Muccioli), a nawet farmaceutę (Paolo Mazza). Pomyśleć, że przez 20 lat w tej kadrze nie zmieniło się nic.

W końcu nadszedł sądny dzień. Kiedy do Andrzeja Strejlaua zadzwonił z Turcji Jarosław Bako i zaczął narzekać na brak powołania, w odpowiedzi usłyszał:

– Nie będziesz potrzebny. Z San Marino możemy postawić w bramce nawet Tadzia Oblińskiego (kierownik drużyny – RH).

Dzień później trener mówił już inaczej:

– Wygrana 1:0 z San Marino jest naszą porażką. To był zły mecz polskiej drużyny…

Pięciu śniętych olimpijczyków

Nieco ostrzej zareagował redaktor „Piłki Nożnej”, Janusz Atlas.

„Na boisko wyszło pięciu śniętych „olimpijczyków” z Barcelony i sześciu rezerwowych klubów zachodniej Europy. Zbieranina taka. Już do przerwy prawdziwi amatorzy z San Marino powinni prowadzić 2:1” – pisał w swoim felietonie.

I nie ma się co czarować, to było nasze pierwsze w historii starcie z San Marino i bez wątpienia zaliczyliśmy falstart. Gorszego meczu później nie odnotowano.

Najjaśniejszą postacią tego godnego pożałowania widowiska był grający na pół gwizdka Leszek Pisz, a zwycięstwo uratował nam leniwy Roman Kosecki, który przypadkowo przypomniał sobie, że kiedyś umiał grać w piłkę.

Ręka Boga Furtoka i wygwizdany Strejlau

Bo to właśnie z podania „Kosy” padła legendarna już bramka Jana Furtoka. Atlas skomentował ją tak:

„Przypadkowo w meczu dwóch antypiłkarskich drużyn, jednej udało się trafić do bramki. Prawdopodobnie ręką zresztą, ale niech to pozostanie tajemnicą Jana Furtoka. Jakby co – nie było widać.”.

Przez lata i tak wszyscy wiedzieli. Późniejszy weteran Hamburgera SV w pamięci polskich kibiców już na zawsze zapisał się jako ten, który zdobył bramkę ręką. I bynajmniej – nie była to ręka Boga… – No cóż, zadziałał instynkt – zamyka temat sam zainteresowany.

Giorgio Leoni, przy wielkich brawach publiczności, schodził z boiska jako zwycięzca. Andrzej Strejlau opuszczał stadion w asyście ochroniarzy, bo kibice byli zbyt rozjuszeni. Pod koniec meczu trybuny intonowały na zmianę:

„Strejlau na boisko!”, „Zmieńcie trenera, to będzie siedem do zera”, „San Marino! San Marino!”…

Więcej dodawać nie trzeba.

Składy

POLSKA: Kłak – Szewczyk, Wałdoch, Brzęczek, Czachowski – Kosecki, Koźmiński, Pisz, Ziober – Furtok, Juskowiak (65 Staniek).

SAN MARINO: 
Benedettini – Canti, Gennari, Gobbi, Valentini – Bonini, Della Valle, Manzaroli, M.Mazza – Zanotti (80 Francini), Bacciocchi (71 P.Mazza).

***

19.05.1993 r., Serravalle
San Marino – Polska 0:3 (eliminacje MŚ 1994)
Bramki: Leśniak 52., 80., K. Warzycha 56.

Minął niecały miesiąc. Trener Strejlau szykował się do swojego 50. meczu w roli selekcjonera. Jednak zdecydowanie większą uwagę niż osoba szkoleniowca, przyciągał wtedy przyjazd Andrzeja Rudego. Niesławnego „zdrajcy”, który po raz ostatni w reprezentacji wystąpił 18 października 1988 roku.

Gdy tylko wylądował w Polsce, zbiegli się dziennikarze.

– Chciałem grać na Zachodzie i celu dopiąłem. Dziś znów mogę być w kadrze, co jest jak najbardziej normalne – powinni się w niej znajdować najlepsi zawodnicy, a do takich siebie zaliczam – powiedział nieskromnie jednemu z nich.

Wyciąganie brudów i kwestia powołania

Przy okazji wyjaśnił też kilka niedopowiedzeń. Zapytany przez Pawła Zarzecznego z „PN” o to, czy musiał uciekać akurat ze zgrupowania, odpowiedział:

– Nie miałem prywatnego paszportu, musiałem go stale trzymać na policji. Każdy wie, jakie były wtedy czasy i jak się wyjeżdżało. Co by pan zrobił na moim miejscu? Zawodników nie puszczano na Zachód. Może pan by pojechał jako dziennikarz, którym nikt nie jest zainteresowany, ale piłkarza by nie puścili!

Cały wywiad zatytułowano „Spowiedź Rudego” i pada w nim jeszcze multum ciekawych zdań. Niestety, nie ma tu miejsca na wyciąganie aż tylu brudów…

O tym, czy Rudy w ogóle z San Marino zagra, nie wiedział wtedy nikt. Znany ze swojego narcyzmu zawodnik nie zamierzał przecież pokornie spuszczać głowy, ani tym bardziej posypywać jej popiołem. Na pytanie, czy trudno było mu zadzownić do Strejlaua, odpowiedział:

– Nigdy bym nie powiedział nikomu „przepraszam” i tego nie zrobię, a kwestia o to się rozbijała. Nie powinienem prosić o grę w reprezentacji, choć takich słów użyłem w piśmie do PZPN. Mogę zgłosić tylko chęć gry. Dzisiaj jestem niby już odwieszony, ale dalej nie mogę grać, jeśli Strejlau mnie nie powoła.

Pierwsze zwycięstwo San Marino?!

Strejlau jednak Rudego powołał, a ten godnie mu się odwdzięczył…

Chwilę po meczu z Polską, w San Marino zapanowała euforia. Choć zbliżała się północ, w małej republice nie spał nikt. Źródłem szaleństwa nie była jednak nieznaczna porażka z „Biało-Czerwonymi”. Oto całe San Marino świętowało zwycięstwo Juventusu nad Borussią Dortmund w finale Pucharu UEFA. Tylko to było wtedy ważne.

Na stadion przyszły chyba tylko rodziny piłkarzy…

Ale nawet mimo meczu „Juve”, włoska prasa znalazła trochę miejsca, by zapowiedzieć pierwsze w historii zwycięstwo San Marino. Takie były wnioski po kwietniowym starciu. Gol Furtoka określono mianem „Furto(k)”, czyli kradzież.

Koncert Andrzeja Rudego

Co ciekawe, jedynym Polakiem, który odśpiewał „Mazurka Dąbrowskiego”, był… Andrzej Rudy! Przed meczem obawiano się, że nie odnajdzie się w nowym zespole. Że za długo pauzował, by tak nagle wskoczyć do składu. Nic bardziej mylnego.

Rudy błyskawicznie przejął obowiązki reżysera gry. Co rusz pokrzykiwał: „Kosa, wracaj! Kryjemy! Odegraj do tyłu!”. I Kosecki, kolega jeszcze z drużyny juniorów, posłusznie polecenia wykonywał. A potem to już gole same padały.

Rudy okazał się znakomitym dyrygentem. Po meczu zebrał chyba tylko same pochwały.

– Szkoda, że dopiero teraz Andrzej dostał szansę powrotu do drużyny narodowej. Jeśli ktoś ma polski paszport i odpowiednie kwalifikacje, powinien grać. A ten człowiek akurat je ma. Chciał wypaść jak najlepiej. Efektownie. Biegał z głową podniesioną do góry, zdawał się nie patrzeć na piłkę. Na podobieństwo do Franza Beckenbauera, często uderzał futbolówkę wewnętrzną stroną stopy, jakby od niechcenia. Kilka jego zagrań zaimponował dużą klasą. To może być spore wzmocnienie reprezentacji – rozpływał się nad zawodnikiem Zbigniew Boniek.

Bo liczą się punkty!

San Marino po raz kolejny okazało się rywalem niewygodnym. Nikt już nie wymagał od Polaków tuzina bramek w samej tylko pierwszej połowie. Stwierdzono, że rekordy strzeleckie, to my sobie lepiej odpuśćmy. Dwa niewysokie i zarazem szczęśliwe zwycięstwa zrzucono niejako na karb gry efektywnej, tłumacząc, że efekt wizualny wcale nie jest taki istotny…

O ustąpieniu Strejlaua mówiło się od miesięcy. W kuluarach aż grzmiało. Wkrótce jednak ciało słowem się stało, a Polska, oprócz następującego tydzień po spotkaniu w Serravalle, remisu 1:1 z Anglią, przegrywała mecz za meczem aż do samego końca eliminacji.

Andrzej Rudy najlepsze miał z kolei dopiero przed sobą. Dwa Puchary i mistrzostwo Holandii z Ajaksem, nie przełożyły się jednak na formę w reprezentacji. Zagrał w niej bagatela jeszcze 15 razy. Nigdy nie został doceniony tak, jak na to zasługiwał. Miał bardzo trudny charakter.

Składy

SAN MARINO: Benedettini – Canti, Valentini, Gobbi, Gennari – Francini (58 Muccioli), Manzarioli, Bonini, Zanotti – M.Mazza, Bacciocchi (71. P.Mazza).

POLSKA: Matysek – P. Świerczewski, Szewczyk, Czachowski – Ziober, Rudy, Brzęczek, Kosecki – Furtok (83 Staniek), K.Warzycha, Leśniak.

***

Także, jak drodzy czytelnicy widzicie, nie zawsze były to dla nas treningi strzeleckie. Owszem, San Marino słabe było, jest i najprawdopodobniej zawsze będzie (o ile nie straci niepodległości), ale pamiętajmy też o czasach, w których nie byliśmy wcale aż tak wyraźnie lepsi. Teraz ten dystans trochę się wydłużył – nie ma już Massimo Boniniego (dawna gwiazda Juventusu i najlepszy zawodnik San Marino w historii), republika cierpi niedobór nastoletnich sportowców (wiadomo, komputery!), a dniu pracy przybyło kilka dodatkowych godzin. Amatorzy mają coraz więcej obowiązków. Tym jednak lepiej dla Waldemara Fornalika. Dzisiaj za takie 0:1, trenera chyba by rozstrzelano…

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

fot. Zscout370

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: