Kopciuszka niespełniony sen o potędze

Madejski Stadium, 35. kolejka Premier League. Piłkarze Reading i Queens Park Rangers wychodzą, by walczyć o życie. Wiedzą, że gdy zremisują, z ligi spadną oba zespoły. Wbrew oczekiwaniom, grają zupełnie bez polotu. Mecz kończy się wynikiem 0:0. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że w koszulkach QPR biegało ponad 150 milionów funtów. U przeciwników – niespełna 45 milionów.

– Zabiliśmy siebie nawzajem – mówił po meczu Harry Redknapp. „Planowanie zaczyna się jutro” – pisał na Twitterze właściciel klubu. Stało się. Ligowy paradoks QPR właśnie dobiegł końca. Po pierwszych meczach sezonu kibice szukali przyczyny. Nie wiedzieli skąd wzięła się ta dobijająca niemoc i dlaczego ich gwiazdy nagle straciły blask. Jedni brali na tapetę ogrom ściągniętych zawodników. Sądzili, że chodzi o brak zgrania. Inni obwiniali trenera, a ktoś nawet powiedział, że jest to przypadek bliźniaczo podobny do Lubina – dobra kasa i tyle. Bez wyników. Każda teoria wydawała się racjonalna. Z czasem upadły wszystkie.

A miało być tak pięknie

Kopciuszka sen o potędze zaczął się dwa sezony temu. Na Loftus Road nagle zapanowała wielka radość. Pojawiły się pieniądze, a kibice w końcu zaczęli wierzyć. Po latach tułaczki, szukania własnego kąta (QPR w historii miało aż 16 siedzib!), odbijania się od silniejszych rywali, teraz miało nastąpić ich własne pięć minut. Już nie byli chłopcami do bicia. Opinia publiczna zwiastowała narodziny nowej siły Premier League. I miała ku temu podstawy.

W kadrze „The Hoops” pojawiły się nazwiska z zupełnie innej bajki. Pasujące bardziej do wczesnej potęgi Manchesteru City, niż do klubu, w którym ekstraklasa gości raz na 15 lat. Z Mediolanu przybył Julio Cesar. A żeby człowiekowi, który wygryzł wielkiego Francesco Toldo nie było nudno, sprowadzono również długoletnią ostoję West Ham United, Roberta Greena. Tych panów z kolei przedstawiać już nie trzeba: Jose Bosingwa, Fabio, Anton Ferdinand, Park Ji-sung, Shaun Wright-Phillips, Joey Barton, Bobby Zamora, Djibril Cisse, Andrew Johnson, David Hoilett, Esteban Granero, Christopher Samba, Jermaine Jenas i Loic Remy…Wydane ponad 33 miliony funtów przy wartości całego składu i tak wyglądają mizernie. Ta jest blisko trzy razy wyższa.

Większość z nich przyszła za darmo. Kilku było na wypożyczeniu, kilku wypożyczonych, reszta kosztowała grosze. I mimo że średnia wieku nowych zawodników oscylowała wokół 30 lat, to i tak możemy mówić o sukcesie – Tony Fernandes przez dwa sezony zaoszczędził blisko 60 milionów funtów, kompletując przy tym kapitalny skład. Facet naprawdę chciał zbudować potęgę. Inwestował potężne środki i na papierze nawet mu się udało. Dotychczas opanowana przez Fulham londyńska dzielnica Hammersmith, odtąd miała należeć do niego.

Teraz każdy może latać

No właśnie, Fernandes. Nazwisko wskazuje bardziej na króla kukurydzy z Teksasu, niż na malezyjskiego właściciela poteżnych linii lotniczych. Tak naprawdę ze Stanami łączy go jedynie chęć dorównania rodzinie Glazerów, którzy od lat finansują Manchester United. Choć aż takiego majątku nie posiada, nawet ze swoim może zrobić naprawdę fajne rzeczy. W końcu 615 milionów dolarów piechotą nie chodzi.

Na klub z samego serca Londynu wydał ich niewiele ponad 80. Wykupił 66 procent akcji, 33 pozostawiając najbogatszemu człowiekowi na Wyspach, nieco bardziej majętnemu od siebie Lakshmiemu Mittalowi. Hindus, polskiej publiczności znany bardziej jako doktor honoris causa Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, już tak wielką miłością do piłki nie pała. Albo po prostu jest rozsądny. Jednak sama obecność tych dwóch tuzów na pokładzie QPR, tylko podkreśla o co toczy się gra.

Fernandes przejął „The Hoops” w 2011 roku, tuż po ich awansie do Premier League. Na początku kibice przeżyli niemały szok. Oto ich nowy prezes okazał się kibicem znienawidzonego West Ham United. Biznesmen próbował i tam, ale ze swoimi środkami zamiast „Młoty” przejąć, od razu wszedł pod młot. Potem dyplomatycznie wyjaśniał, że drugie miejsce w jego sercu zajmuje oczywiście QPR i że to surowy diament, który trzeba po prostu oszlifować. Jednak sympatię Loftus Road mógł zdobyć już tylko działaniem.

Malezyjczyk wie jak zjednywać sobie ludzi. Nie bez przyczyny wybrano go Azjatyckim Biznesmenem Roku 2010. Pierwsza fala transferów na czele z Bartonem, Cisse i Zamorą wprawiła kibiców w euforię. Rozbudziła apetyty, dała wiarę, zdobyła serca. Impossible is nothing! – krzyczeli najzagorzalsi fani. Fernandes zaczął swój show. Gdy ponad dekadę temu przejmował podupadjące linie lotnicze Air Asia, poza nim nie wierzył nikt. Uczynił z nich taniego przewoźnika, a motto „Teraz każdy może latać” przyniosło spółce miliony. W ojczyźnie stał się synonimem sukcesu. Teraz uwierzyli w nie również kibice Queens Park Rangers.

Futbol jest okrutny

Konfrontacja z rzeczywistością zwykle bywa bolesna, ale to co spotkało podopiecznych Neila Warnocka ciężko nazwać sprawiedliwym. Odliczanie do pierwszej kolejki, budowanie napięcia, 15 lat rozłąki z Premier League… Cały optymizm uleciał już w 80. minucie spotkania z Boltonem. QPR przegrało 0:4, a wynik w rzeczonej 80. minucie ustalił jeszcze w pełni zdrów Patrice Muamba. Potem poszło już błyskawicznie. Na nic zdaje się wygrana z Wigan i remis z Aston Villą, skoro po chwili przejeżdża się po tobie znienawidzony rywal z dzielnicy. Fulham – QPR 6:0. Warnock poleciał w zimie, pryszedł Mark Hughes. Samo nazwisko jednak nie wystarczyło. Szło mu jak po grudzie i zespół cudem uniknął najgorszego… Ale przynajmniej sprawiedliwości stało się zadość – z ligi spadł, tracący jeden punkt do „The Hoops”, Bolton Wanderers.

Lato przywróciło kibicom nadzieję. Opowieści Fernandesa rozczulały serca. Malezyjczyk podkreślał na każdym kroku, że jego ambicje względem klubu sięgają daleko w przyszłość. Mówił, że już jako 10-latek przychodził na Loftus Road. Wspominał o nieprzewidywalnych kolejach losu. O przeznaczeniu. Podsumował tym, że historia właśnie zatoczyła koło. A potem przyszła kolejna fala transferów.

– Od małego chciałem grać w Anglii. Tutaj zrodził się futbol i to tu czują ten sport, jak nigdzie indziej. W Hiszpanii piłka nożna jest wielka, mamy dobrych zawodników, ale jednak to nie to samo, co w Anglii – oznajmił po przejściu z Realu Madryt, Esteban Granero.

Kurtuazję Hiszpana spotkała szybka reakcja. Stał się symbolem nadchodzącej potęgi… Potęgi, która już w pierwszym meczu sezonu poległa 0:5 ze Swansea. Potem było tylko gorzej. Przyczyn upatrywano w braku zgrania. W lecie przyszło 13 nowych ludzi, a odeszło 15. Rok wcześniej proporcje były podobne. Jednak minęło pół sezonu, a oni nadal przegrywali mecz za meczem. W wielu zespołach dochodziło do podobnych rewolucji kadrowych, ale stabilizacja następowała zwykle po kilku kolejkach. Tym bardziej gdy dysponowało się takim składem.

Fani nie mogli uwierzyć. Czuli się jakby ponownie przeżywali okrutny sezon 2011/12. Wszystko zaczęło się podobnie – przegrywali, w zimie zmienił się trener i znów mieli przegrywać. Ale tym razem spotkała ich miła niespodzianka. Hughesa zastąpił Harry Redknapp i nagle zaczęli zwyciężać. Wyliczono, że jeśli Fernandes zatrudniłby go latem, QPR byłoby teraz gdzieś w środku ligowej tabeli. Już nie było mowy o beznadziejnym szkoleniowcu.

Znicze na Loftus Road

W międzyczasie pojawiły się długi. Ale gdy Christopher Samba zarabia 100 tysięcy funtów tygodniowo, a Granero, Zamora, czy Cisse za nic nie zgodziliby się na wiele mniej – ten fakt wcale nie zaskakuje. Szalę goryczy przelała asekuracyjna postawa Lakshmiego Mittala. Hindus obiecał całkowicie wspomóc krótkoterminowe cele klubu, ale przy dłuterminowych wyraził już wątpliwości. W skrócie: pomagam ci ich spłacić, ale w przyszłości na mnie nie licz. QPR ma aktualnie około 90 milionów funtów długu.

Nagle te wspaniałe transfery okazały się beznadziejne. Panowała opinia, że piłkarz przychodził tylko dla pieniędzy, mając nadzieję, że inne „nazwiska” będą grały za niego. W rezultacie nie grał nikt. Zawodników nie interesują długi – ważne, że dostają pensje. Mieli wszystko, więc automatycznie nie mieli motywacji. Wyróżniał się tylko Granero, który chyba nie do końca wiedział, gdzie trafił.

A potem przyszedł mecz z Reading. Okazało się, że jednak nie wszyscy mogą latać. Adel Taarabt, choć genialny technicznie, już chyba na zawsze pozostanie gwiazdą wyłącznie internetowych kompilacji. Esteban Granero znalazł się na celowniku kilku potężnych klubów, a Christophera Samby raczej też nie skusi perspektywa występów w Championship. Długi prawdopodobnie wymuszą kolejne cięcia. Queens Park Rangers to przecież nie Juventus, gdzie zawodnikom nie robi różnicy, czy to Serie A, czy B, a obniżka pensji jest dla nich w pełni zrozumiała. Jednak malezyjski „cudotwórca” nadal nie traci nadziei.

Po meczu z Reading, Fernandes wyraził szok i rozczarowanie postawą niektórych zawodników. Obiecał przy tym, że już w przyszłym sezonie jego zespół wróci do Premier League i tym razem dostanie to, na co zasługuje. Zostanie także Harry Redknapp. Trener będzie miał jeszcze większą władzę nad zawodnikami, bo, jak sam twierdzi: „ten zespół potrzebuje wyjątkowej kontroli”.

– Jesteśmy o dwa lata mądrzejsi. Chcemy tylko tych, którzy chcą dla nas grać. Tych, którzy pragną wygrywać. Tych, którzy są rozczarowani, gdy przegrywamy. Bolało mnie, gdy widziałem reakcje niektórych graczy. Ja cierpiałem okropnie, a oni? Przecież to jest ich praca, ich życie, a oni w ogóle się tym nie przejmowali – skwitował postawę drużyny Fernandes.

Biznesmen zdaje się naprawdę wierzyć w swoje plany i raczej nie ma żadnych ukrytych celów. Właściwie zrobił wszystko jak należy – kupił piłkarzy, zatrudnił trenera. Całość kosztem własnego majątku, nie jakichś cudzych pieniędzy. Zadłużył się za ten klub, związał z nim swoją przyszłość. A błędy wynikały wyłącznie z braku doświadczenia. Za bardzo się podpalał, wymieniał pół kadry, w konsekwencji popadał w długi. Pragnął wszystkiego od razu, a przecież tworzenie piłkarskiej potęgi to proces wieloletni. Na chwilę wrócę do początku – napisałem, że wszystkie racjonalne teorie upadły. Została jedna – piłkarze zrobili sobie z QPR ośrodek wypoczynkowy. Bo jak inaczej wytłumaczyć to co zaszło na Loftus Road?

A kibice? To jeszcze wyższy poziom naiwności. I choć dziś przeżywają żałobę, jutro wróci nadzieja. Znowu będą słuchać obietnic Fernandesa, bo w co innego mogą wierzyć? A nóż tym razem się uda? Na razie kopciuszek zapomina o mocarstwowych planach. Przynajmniej na jeden sezon…

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

fot. Flickr/Tom

Advertisements

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: