Gadocha przerywa milczenie: Moje nazwisko zostało zszargane!

Nie wziąłem tych pieniędzy. Przecież gdyby do czegoś doszło, moi koledzy siłą rzeczy wszystkiego by się dowiedzieli! Dlaczego to wyszło dopiero po 30 latach? Ja po prostu byłem człowiekiem, na którym dało się sporo zarobić. To wszystko dzieło mojej byłej żony. Była wpływowa, pracowała dla MSW. Szantażowała mnie, że jeśli nie zrezygnuję z domu, zniszczy mi życie… Moje nazwisko zostało zszargane – mówi Polsatsport.pl Robert Gadocha.

Polska awans do II rundy mundialu w 1974 roku zapewniła sobie już po dwóch pierwszych meczach: zwycięstwach 3:2 nad Argentyną i 7:0 nad Haiti. Wynik ostatniego grupowego starcia z Włochami nie miał dla nas większego znaczenia, ale mógł przesądzić o awansie zawodzącej dotąd Argentyny. Gadocha miał przyjąć wtedy od „Albicelestes” 18 tysięcy dolarów tzw. „premii motywacyjnej” i – mimo że była ona dla wszystkich – zachować całość dla siebie. Sprawa wyszła na jaw dopiero po 30 latach. Koledzy skazali „Piłata” na ostracyzm, a ten do dzisiaj się z tego nie wytłumaczył.

Rafał Hurkowski: Panie Robercie, chyba już czas powiedzieć prawdę. Wziął pan te pieniądze?

Robert Gadocha: Nie, to wszystko kłamstwa. Moje nazwisko zostało wykorzystane. Proszę tylko prześledzić moją karierę – nie ma tam ani krzty informacji o ustawianiu meczów, czy o jakichkolwiek innych przekrętach. Jestem czysty jak łza. Zawsze koncentrowałem się tylko na piłce.

Ale pojawiają się konkretne kwoty i nazwiska. Pieniądze miał panu przekazać niejaki Iggy Boćwiński, Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który był blisko kadry Kazimierza Górskiego. Skoro to wszystko nieprawda, skąd tyle konkretnych informacji? Albo inaczej: komu tak bardzo zależało na tym, żeby je zmyślić?

Właśnie temu panu Boćwińskiemu i mojej ówczesnej żonie. Kiedy wygraliśmy z Haiti, przyleciały do nas nasze małżonki. Krąży opinia, że mieliśmy się wszyscy we trójkę spotkać i dogadać po konferencji prasowej, którą Kazimierz Górski zorganizował z okazji awansu. Później miałem przekazać te pieniądze małżonce na jakimś spacerze. A my przecież byliśmy tam skoszarowani! Nie było możliwości wyjścia z hotelu. Zawsze ktoś przy nas był. Na spacery wychodziliśmy jedynie całą drużyną. To się wszystko wzajemnie wyklucza.

Dlaczego była żona miałaby panu zrobić taką krzywdę?

Dla niej liczyły się tylko pieniążki. To wszystko zostało wymyślone kilka lat po turnieju, kiedy poprosiłem tą panią o rozwód. Wtedy zaczęło się szantażowanie. Małżonka mówiła, że jeśli nie zrezygnuję z domu, zniszczy mi życie… Ja po prostu byłem człowiekiem, na którym dało się sporo zarobić.

A jaki interes miał w tym wszystkim Boćwiński?

Ona z tym człowiekiem współpracowała już wcześniej. W Polsce. Facet był bardzo blisko naszej reprezentacji. Trener Górski akceptował jego obecność na treningach. Mógł nawet wchodzić na płytę boiska. Nie wiem konkretnie co ta dwójka wymyśliła, ale tak na logikę: gdybym wziął te pieniądze, moi koledzy siłą reczy wszystkiego by się dowiedzili. Przecież on z nami przebywał, powiedziełby im! Dlaczego to wyszło dopiero po 30 latach?

Koledzy jednak wierzą jemu, nie panu.

Bo to wszystko zostało uknute w sposób perfekcyjny. Moje nazwisko zostało zszargane. Jest mi strasznie przykro, że Jan Tomaszewski nazywa mnie złodziejem, a Grzegorz Lato dołożył rękę do tego, żeby mnie zniszczyć. Kiedyś zadzwonił do mnie pewien dziennikarz, wtedy gdy jeszcze Lato był posłem na sejm. Zaczął wypytywać o tamtą sytuację, więc ja mu to wszystko jasno wytłumaczyłem. On jednak miał swoją wersję. Powiedziałem wtedy: „Niech się pan zastanowi, bo puszczając w eter takie informacje, może pan zrobić ogromną krzywdę niewinnemu człowiekowi.”. No ale stało się, co się stało. Pan Lato zdecydował… Spadło na mnie coś bardzo niesprawiedliwego.

Zastanawia mnie jedno: skąd u pana byłej żony taka moc sprawcza, żeby z legendy reprezentacji Polski zrobić największego jej wyrzutka?

Była wpływowa, pracowała w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Miała tam tych swoich kolesi. Jeszcze przed rozwodem działy się dziwne rzeczy. Na początku lat 80. mieszkaliśmy w Chicago. Do mojej żony co rusz przychodzili jacyś podejrzani ludzie. Często kończyło się wielkimi awanturami. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale zrozumiałem wtedy, że wokół mnie dzieje się coś złego. Postanowiłem wziąć rozwód. Najpierw orzekł go sąd w Chciago, a potem w Polsce – w obu przypadkach powód był ten sam. Szantaż ze strony małżonki.

Skoro rozwiedliście się państwo w latach 80., dlaczego sprawa wyszła na jaw dopiero po dwóch dekadach?

Nie mam pojęcia, ale to nie jest tak, że przez te lata miałem spokój. Dopiero po rozwodzie zaczęła się prawdziwa jazda. Gdy z obecną żoną, z którą jestem już prawie 30 lat po ślubie, w 1986 roku przyleciałem do Polski, tamta pani cały czas robiła mi złośliwości. Pojawiły się nawet jakieś paszkwile w prasie, napuszczała na mnie jakichś podejrzanych ludzi, którzy kopali w moje drzwi o szóstej nad ranem. Ktoś doniósł, że w tym i w tym mieszkaniu przebywa niezameldowana osoba z Ameryki. Starała się mnie nastraszyć, nabruździć mi. Kiedy tylko pojawiałem się w kraju, zawsze miałem jakieś problemy. Raz nawet odebrano mi paszport na półtora roku! Musiałem regularnie zgłaszać się na milicję. Okropne rzeczy, okropne!

Z życia publicznego wycofał się pan też za sprawą żony? Wyjechał pan do Stanów jeszcze na kilka lat przed ogłoszeniem tych kompromitujących doniesień.

Szczerze mówiąc, w latach 90. próbowałem się udzielać, być w tych mediach. I przez kilka lat rzeczywiście się udawało, ale równocześnie w kraju zmieniało się grono sportowe. Nowi menedżerowie, którzy przyszli w latach 1995-1996, postanowili zmienić polską piłkę. Ja zaś nie byłem w kręgu ich zainteresowań. Poczułem się niepotrzebny. Ale na tę decyzję złożyła się też na pewno sytuacja z byłą żoną oraz stan zdrowia ojca mojej obecnej małżonki. Dzwoniła i mówiła, że jest umierający. Wtedy decyzja była prosta – nie zamierzałem już dłużej zostawać w tym kraju. Po prostu wyjechałem i na stałe zamieszkałem w USA. Chciałem o tym wszystkim zapomnieć.

Udało się?

Nie do końca, ale nie narzekam. Na pewno lepiej mi się żyje tutaj niż w Polsce. Jestem na emeryturze, odpoczywam, dużo podróżuję i w dalszym ciągu udzielam się też sportowo. Mamy w Sarasocie (stan Floryda – RH) takie polonijne drużyny, a ja bardzo chętnie się z tymi ludźmi spotykam. Doradzam, pomagam.

Polską piłkę pan śledzi?

Staram się. Mam polską telewizję, internet. Ze znajomymi oglądamy mecze reprezentacji.

Z Ukrainą pana następcy się nie popisali.

Jako były piłkarz, wybrany do najlepszej jedenastki mundialu, sądziłem że ta nasza spuścizna będzie jednak trochę inna. Polacy grali zupełnie bez ambicji. Po meczu brakowało mi słów. Nawet San Marino zostawia na boisku więcej serca niż my…

Mówił mi pan wcześniej, że co jak co, ale Ludovic Obraniak powinien wyjść w pierwszym składzie. Jego obecność od początku naprawdę by coś zmieniła?

Przecież można było się spodziewać, że Ukraińcy od razu na nas siądą. Będą krótko kryć, szczególnie trójkę z Dortmundu. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo się przedrzeć i powinniśmy liczyć na stałe fragmenty. A dla mnie Obraniak jest w nich specjalistą wybitnym. Rzuty rożne, celne podania – on to potrafi. Przypomina mi siebie z mistrzostw świata w 1974 roku, kiedy na 16 bramek, 12 padło po moich podaniach. Oczywiście, zmiany są zrozumiałe, ale Obraniak powinien zagrać od pierwszej minuty.

Wychodzi pana słabość do lewonożnych. Nie mamy ich teraz za wielu.

Bardzo ich cenię. Wszystko zaczęło się od Mirosława Okońskiego. Ten człowiek był dla mnie wirtuozem futbolu. Lewą nogą mógł pisać listy. A teraz mamy z kolei Obraniaka, który co prawda jest troszkę kapryśny, ale to już taka przywara indywidualistów. Zarazem jest jednak bardzo pożyteczny. Każdy zawodnik prawonożny ma ogromne problemy z rozczytaniem lewonożnego. Wystarczy spojrzeć na Zachód. U nas to niestety towar deficytowy, więc tym bardziej powinniśmy tego Obraniaka szanować.

Ale to brzmi tak, jakby tylko Obraniak potrafił grać w piłkę. A przecież mamy kilka tych nazwisk. Dlaczego zawodnicy, którzy na co dzień błyszczą na Zachodzie, w reprezentacji są zupełnie bezwartościowi?

Przede wszystkim ta drużyna nie ma swojego kręgosłupa. Brakuje jej spójności. To indywidualiści, których Waldemar Fornalik nie potrafi zespolić. Do tego słabo u niego z atmosferą, a jeśli nie ma atmosfery, to za przeproszeniem: gdzie nam do mistrzostw świata? My piłkarzy mamy naprawdę dobrych, ale brakuje im autorytetu. Człowieka, który potrafiłby do nich przemówić. Najchętniej widziałbym na tym miejscu jakiegoś byłego piłkarza z dużym nazwiskiem i osiągnięciami. Którego zawodnicy będą słuchać. Sam nie wiem czy lepszy Polak, czy ktoś z zagranicy.

A może Polak z zagranicy. Co pan powie na Piotra Nowaka?

Dobra kandydatura. Znam go osobiście. Gdy pomagałem Henrykowi Apostelowi, dużo czasu spędziliśmy na rozmowach przy kawie. To człowiek bardzo inteligentny, sprytny i przede wszystkim ma tzw. przekaz. A wiedzę wyniósł przecież z USA, gdzie był asystentem w pierwszej reprezentacji i sam prowadził kadrę olimpijską. Dziwi mnie, że nie był wcześniej brany pod uwagę. Tutaj naprawdę go cenią.

Zostając przy kadrze: no to się Lewandowski przełamał…

Nie przepadam za jego grą. Fizycznie radzi sobie nieźle, jednak technikiem to on nie jest. Dobrze się rozpycha, robi sobie przestrzeń na oddanie strzału. Ale to tylko w Bundeslidze. Osobiście niczym mi nie zaimponował. W Niemczech jest wspaniała otoczka. Wszyscy grają na wysokim poziomie, a Lewandowskiemu zostają tzw. ochłapy, które musi wykończyć. Stoi na samej szpicy, od czasu do czasu się cofnie, ale przeważnie czeka w polu karnym, tak jak kiedyś Gerd Mueller. Wykańcza akcje stworzone przez tych świetnych zawodników. U nas w kadrze te sytuacje są bardziej rwane i przypadkowe, także nie ma się jak wykazać.

Bez przesady. Może i są gracze bardziej widowiskowi, może przechodzi w kadrze kryzys, ale mimo wszystko – dawno takiego piłkarza nie mieliśmy.

Mi zdecydowanie bardziej imponuje Jakub Błaszczykowski. To takie nasze żywe sreberko. Zawsze gdy jest przy piłce, pachnie bramką. Nie wiem, dlaczego Lewandowskiego docenia się bardziej. Przecież w Niemczech wszystkie akcje z udziałem Kuby są bardzo groźne. Niestety, ustawienie naszej kadry jest fatalne. Drugiej linii prawie nie widać.

Właśnie. Kiedyś graliśmy skrzydłami: Lato z prawej, pan z lewej. Brylowaliśmy. A teraz ten nasz orzeł coś taki bez skrzydeł.

Mało tego! Przecież inni pomocnicy wykonywali te same zadania, co my. Jeśli napastnicy byli na środku boiska – wtedy grało się wszędzie tam, gdzie człowiek był potrzebny – w ich miejsce wchodzili obrońcy lub pomocnicy. Istniała wymienność pozycji. Natomiast w grze obecnej reprezentacji widzi się tylko takie grupki, którymi oni się tam przemieszczają. Ale to przecież nie zagraża przeciwnikowi! Nie ma rozciągnięcia gry, nie ma przerzutów i dlatego nie ma wykończenia.

Przyszłości też nie ma?

Teraz mamy nowego prezesa. Zbigniew Boniek posiada przecież ogromne doświadczenie, tak samo biznesowe, jak i piłkarskie. Jest więc jakaś cicha nadzieja, że on to wszystko poukłada. I Polska już nie będzie na 60. pozycji, ale na tej, na której byliśmy za Kazimierza Górskiego! (śmiech)

Boniek otoczył się odpowiednimi ludźmi? Mówię m.in. o Marku Koźmińskim i Romanie Koseckim.

Naturalnie! Właśnie o to chodziło. Do tej pory w PZPN pracowało wielu ludzi, którzy nigdy w życiu nie powąchali murawy. Byli jedynie teoretykami. Za przeproszeniem – ja takich nazywam „molami książkowymi”. Wyczytali coś tam w mądrych książkach i starali się to przekazać swoim językiem. Ale to dwa inne światy. Człowiek, który zna zapach szatni, poczuł tę atmosferę, był tam – pojmuje te sprawy zupełnie inaczej. Tego nawet nie można porównywać. I Boniek o tym wie.

Wie też jak zadbać o wizerunek. Jest zupełnym przeciwieństwem poprzednika.

Dokładnie, za poprzedniej kadencji nagromadziło się wiele nieprzyjemnych historii, ale to już wina – między innymi – charakteru byłego prezesa. Lato był wielką indywidualnością piłkarską. Chyba czasem zapominał, że jest prezesem. Niektóre sprawy powinien przedyskutować z całym zarządem, a on przecież większość decyzji podejmował samodzielnie. Pech chciał, że zazwyczaj nie były one trafne. Dlatego cieszę się, że teraz prezesem jest Zbyszek. Jedyne co mi się nie spodobało, to ten 60. mecz dla Jurka Dudka. Przecież to niepotrzebne.

Za dużo marketingu, za mało działania.

Za dużo dzieje się rzeczy niepotrzebnych. Na przykład: cały czas słyszę, ile to pieniędzy inwestuje się w młodzież. Ale ja niczego takiego nie zauważyłem. Nie było o tym w żadnych reportażach, dziennikach. Nie widziałem, żeby pokazali jakieś piękne ośrodki treningowe. Nie słyszałem o trenerach, a przecież dla młodego człowieka odpowiedni trener jest bardzo ważny. Rozwój młodzieży to podstawa. Tak jest od zarania – jak chłopiec złapie bakcyla i ktoś go dobrze ukierunkuje, to on już tym torem pójdzie. Będzie materiałem do obróbki dla kolejnych trenerów. Ale trzeba zacząć działać. Bez inwestycji w młodzież nie wyjdziemy na prostą. Skupmy się na priorytetach.

Mimo dobrych chęci prezesa Bońka, nasza obecna sytuacja nie wygląda najlepiej. Era Kazimierza Górskiego wydaje się już bardzo odległa.

Kazimierz Górski był wyjątkowy. Ten człowiek potrafił stworzyć wspaniałą atmosferę. I co najważniejsze – nie był złośliwy. W reprezentacji dochodziło przecież do wielu wyskoków, różnych takich kłopotliwych historii, a on wcale nie reagował impulsywnie. Wolał się przespać z problemem i podjąć decyzję na spokojnie. Tak samo podchodził do meczów. Zarażał nas tym spokojem.

A zarazem był wielkim showmanem. Z czego go pan zapamiętał najbardziej?

Siedzimy w szatni przed meczem. Przychodzi trener Górski, wyciąga z kieszeni karteczkę i zaczyna czytać skład… Okazało się, że chciał wystawić zawodnika, którego nawet nie było na zgrupowaniu. (śmiech) Musiałem interweniować, mówię: „Panie trenerze, ale tego zawodnika nie ma na zgrupowaniu, może by pan kogoś innego wystawił?”. A trener: „O cholera, rzeczywiście, to żona musiała mi marynarki podmienić!”. No i to już zostało. Zawsze, gdy kończył czytać skład, któryś z zawodników pytał: „Trenerze, czy aby odpowiednią karteczkę pan wyjął?”. Cały pan Kazimierz. Nadal mi go brakuje.

Zdaje się, że trener Górski bardzo cenił pana zdanie.

Trafiłem do jego kadry już z jakimś tam doświadczeniem. W reprezezentacji grałem przecież od 1966 roku i miałem sporo trenerów, jak Michał Matyas, Ryszard Koncewicz czy Antoni Brzeżańczyk. Także mogę śmiało powiedzieć, że z panem Kazimierzem już tak nawet trochę współpracowaliśmy. Często siadaliśmy i dyskutowaliśmy, co jest dobrze, a co źle. Miał do mnie ogromne zaufanie. Do tego ja, jako zawodnik pierwszej reprezentacji, wiekowo mogłem grać jeszcze w młodzieżówce. A że trener Górski dość często ją w tym okresie prowadził, to dzownił do mnie i pytał, czy mógłbym przyjechać na poszczególne mecze. Zawsze odpowiadałem, że jak będzie wolne, to z wielką chęcią. Także trochę mu tam wygrałem. Ci młodzi zawodnicy byli jeszcze zbyt przestraszeni, a ja miałem przecież doświadczenie z Legii Warszawa i z pierwszej reprezentacji. Brałem piłkę pod siebie i jechałem. Dryblowałem i zdobywałęm bramki. Kiedyś nawet Andrzej Strejlau powiedział, że jak ja się pojawiałem, wygrana była już z góry przesądzona. No i tak się z trenerem zżyliśmy.

No właśnie: podejście, atmosfera, współpraca. Piłkarze Fornalika, choć pracują w warunkach nieporównywalnie lepszych, nie są nawet drużyną. I to nie jest przecież w całości wina trenera. Skąd się bierze ta mentalna przepaść?

Długo by wymieniać. W tamtej drużynie jeden z drugiego się pośmiał, z trenera się pośmialiśmy, on zresztą z nas też. Ale jak wychodziliśmy na boisko, obowiazywała zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nie było zmiłuj – mecze musieliśmy wygrywać. A dzisiaj niestety jest już inne podejście do piłki, inna mentalność, inne są też założenia. I ja wiem czy te warunki rzeczywiście takie lepsze?  Teraz przy tych drużynach zatrudniona jest ogromna ilość osób. Jak oglądam z kolegami mecze reprezentacji i gdy oni widzą, jak to wszystko marnie idzie, po prostu się podśmiewają: „W tej Polsce mają ludzi od wszystkiego, ale gdzie ta ich praca?”. I mają rację. Szanse na wyjście grupy istnieją już tylko w teorii. No, chyba że ziści się to, co powiedział jeden z naszych zawodników – że oni nie lubią grać w roli faworyta. Wolą być raczej takim kopciuszkiem. Czyli co, rozumiem, że teraz spodziewamy się samych zwycięstw? Z Anglią też? (śmiech)

Rafał Hurkowski, Polsat Sport

fot. Legia.com

Advertisements

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: