Dieme Yahiya. W pół roku z B-klasy na szczyt

Film „Rise and Shine” o Jayu DeMericie, Amerykaninie, który spełnił swoje marzenie i trafił do Premier League, przywrócił nadzieję wielu ludziom. Poruszył serca i udowodnił, że wszystko jest możliwe. Nasz rozmówca od DeMerita jest młodszy, ale aspiracje ma nie mniejsze. Jego sukces oznacza lepsze życie dla całej rodziny i wielu znajomych. To człowiek, który wyrwał się z prawdziwej biedy i ciężko zapracował na to, co ma. Chcieć znaczy móc. W pół roku z B-klasy na szczyt.

Zwiastun filmu „Rise and Shine”

– Nieważne, czy jesteś parkingowym, czy sklepikarzem. Masz piłkę. Ona może dać ci naprawdę dużo. Dała Franckowi Ribery’emu – on przecież też zaczynał nisko. Dała wielu osobom. Jedyne, czego nie możesz, to się poddać… Ale czasem nie pisz, że jestem senegalskim Riberym! (śmiech).

Rafał Hurkowski: Bierzesz jakieś korepetycje z polskiego? Mówisz lepiej niż niejeden reprezentant kraju…

Dieme Yahiya: Nie, nigdy nie brałem żadnych lekcji. Wystarczy mi rozmowa z kolegami na treningu albo w domu. A o reprezentantach słyszałem. Podobno kilku radzi sobie rzeczywiście słabo, ale nigdy z nimi nie rozmawiałem, więc nie mogę oceniać.

W jednym z wywiadów wspomniałeś o swojej mamie, której tak wiele zawdzięczasz. Czy teraz, gdy twoja sytuacja się poprawiła, sprowadzisz ją do Polski?

Bardzo bym chciał, ale moja mama choruje. Cały ten stres związany z przeprowadzką mógłby jej tylko zaszkodzić. Jakiś czas temu nawet ją o to pytałem, ale sama uważa, że dobrze jest tak, jak jest. Inaczej myśli rodzeństwo. Oni z kolei chcą. Możliwe, że siostra z bratem niedługo się tutaj pojawią. Cały czas ich namawiam.

Powiedziałeś znajomym o kontrakcie z Polonią?

Nie, rozmawiałem o tym tylko z rodziną. Z mamą, bratem i siostrą. Mój tata niestety nie żyje. Nigdy nie rozpowiadam takich rzeczy. Jestem dość skryty.

Ale koledzy i tak szybko się dowiedzieli…

Z gazet. Dzwonili, gratulowali. Bardzo się cieszyli. U nas jest tak, że jak komuś się uda, nie jest to sukces tylko dla tego kogoś – to lepsze życie dla całej rodziny i wielu znajomych. Jeśli masz trochę pieniędzy, musisz pomagać bliskim.

Opowiedz o swoich piłkarskich początkach w Senegalu.

Grałem w I lidze i młodzieżówce. Zaczynałem jako ofensywny pomocnik, ale później odkryto, że lepiej sobie radzę z tyłu. Właściwie wszystko zmieniło się w trakcie jednego meczu. Graliśmy akurat w Maroku z Nigrem, a nasz defensywny pomocnik doznał kontuzji – trener kazał mi go zastąpić. Tak zostało do dzisiaj.

Dzięki tej młodzieżówce poznałeś trochę świata, co?

Zagrałem w niej chyba siedem albo osiem razy, ale trochę zobaczyłem, to prawda. Byłem we Francji – znów graliśmy z Nigrem i wygraliśmy 2:0. Do tego odwiedziłem jeszcze Kongo, Angolę, Mauretanię i… No wiesz, Drogba.

Wybrzeże Kości Słoniowej. A kiedy ostatni raz byłeś w Senegalu?

Przed przyjazem do Polski – cztery lata temu… Teraz będzie łatwiej. Wstępnie myślę o grudniu, ale jeszcze nic nie jest ustalone. Muszę tam w końcu pojechać, bo umarła moja siostra i wujek. Nie byłem na ich pogrzebach i po prostu muszę chociaż na chwilę wrócić.

Jesteś muzułmaninem?

Tak.

Jak u ciebie jest z ramadanem?

Wiesz, ramadan to nie tylko to, że nie możesz jeść i pić. Nawet jeśli powiesz odruchowo „kurwa”, ramadan masz już niezaliczony. Ale wiem do czego zmierzasz. Jest taka zasada, że jeśli ciężko pracujesz i taki post może ci zaszkodzić, możesz go odbyć później. Wtedy kiedy będziesz akurat mógł.

Po zakończeniu kariery, jak Karim Benzema?

Nie, ja nie będę tyle czekał. Odrobię to w grudniu, kiedy akurat będziemy mieli wolne. W Górniku Wesoła przechodziłem ramadan zgodnie z planem, ale w Polonii dbają o szczegóły. Myślą, że przez post nie będę mógł normalnie pracować, a odkąd pamiętam, mimo ramadanu, zawsze trenowałem i nieźle sobie radziłem w meczach. Jednak już postanowione.

Jak właściwie trafiłeś do Polski? Byłeś naprawdę dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, młodzieżowym reprezentantem kraju…

Wideo z jednego meczu młodzieżówki trafiło do pewnego Polaka. Nie pamiętam nazwiska. Był kimś na kształt pośrednika, łowcy talentów. No i poszło. Do Polski przyleciałem razem z „Kulą” (Koluaty Thiam – RH). To znaczy dwa dni przed nim. Gdy tylko wylądowałem w Warszawie, zaskoczył mnie śnieg. Pierwszy raz na oczy widziałem. Oprócz mrozu, wszystko było super.

Ale z twoją przeszłością chyba spokojnie mogłeś celować w Ekstraklasę?

Miałem takie marzenia. Jednak po chwili zderzyłem się z rzeczywistością. Nie wiem, to chyba jakiś pech, ale jak tylko przyleciałem do Polski, zaczęły mnie nękać kontuzje. Przez pierwszy miesiąc w ogóle nie mogłem grać.

Po epizodzie w Stali Rzeszów, przeszedłeś do Glinika Gorlice. Wynikła mała afera. O twoim koledze mówili w TVN 24…

„Kula” nie dogadywał się z trenerem. A że mieszkaliśmy z nim pod jednym dachem, problem był podwójny. Teraz mogę powiedzieć, że wszystko co mówił trener było kłamstwem. Przecież on twierdził, że „Kula” chciał go zabić… A to była tylko zwykła kłótnia. Trenera drażniły drobnostki. Wkurzało go, że „Kula” rozmawiał w nocy przez telefon, że nie posprzątał w kuchni. Chciał się go pozbyć. Powiedział więc prezesowi, że „Kula” chciał go zabić… No i wyszło, jak wyszło. „Kulę” wyrzucili i poszedł dalej. Ja zostałem jeszcze pół roku.

A następne pół roku pauzowałeś.

Tak, byłem kontuzjowany, do tego moja karta pobytu właśnie traciła ważność. Musiałem znaleźć pracę. Spotkałem pewnego faceta, który zatrudnił mnie w swoim hotelu. Stąd właśnie ten słynny parkingowy. „Kula” grał wtedy w Śląsku Świętochłowice. Przychodziłem do niego na siłownię, a wiosną już razem poszliśmy do Górnika Wesoła.

Pamiętasz swój pierwszy mecz w jego barwach? Podobno trafiłeś z 35 metrów w samo okienko.

Pamiętam, jasne. Mecz drugiej drużyny w B-klasie. Wahałem się wtedy, czy strzelać, czy może odpuścić. Moja kontuzja nie była jeszcze do końca wyleczona i takie uderzenie mogło się skończyć źle. Jednak w końcu zdecydowałem, no i trafiłem. Wtedy poczułem, że znowu mogę grać tak, jak chcę. Nic mnie już nie ograniczało.

W Górniku byłeś bardzo lubiany. Pamiętasz fetę z okazji awansu do III ligi? 

(śmiech) Atmosfera w klubie była świetna. Ja ogólnie bardzo lubię ludzi. Wszystkich. Dlatego nie miałem problemu z kolegami. Szanowałem wszystkich i wszyscy szanowali mnie. Gdy przyszedł ten awans, każdy bardzo się cieszył. Była okazja do wygłupów. Naśladowałem reakcje trenera – kiedy jest zdenerwowany, kiedy cieszy się po bramce. Koledzy pękali ze śmiechu. O to chyba właśnie chodzi, nie?

Jasne. A ten incydent ze złodziejem w tramwaju to prawda?

Prawda. Wracałem akurat z treningu. Nagle jakiś gościu włożył mi rękę do kieszeni, ale w porę go złapałem, odepchnąłem i kopnąłem w tyłek. Uciekł, ale bez portfela.

Nie wiedział na kogo trafił. Jak oceniasz poziom futbolu w Polsce? Różnica między IV ligą a Ekstraklasą musi być kolosalna.

Polską piłkę mogę porównać jedynie do senegalaskiej. U nas w kraju jest bieda, a Polska to przecież Europa – u was wygląda to lepiej. Mam wielu kolegów w Niemczech, we Francji, ale nie mogę na tej podstawie oceniać waszego futbolu. Natomiast różnica między IV ligą a Ekstraklasą rzeczywiście jest olbrzymia. Pierwszy trening w Polonii był dla mnie niesamowicie ciężki. Zresztą każdy jest dużym wyzwaniem, a mecz to jeszcze co innego. Tłum bardzo głośnych kibiców to dla mnie zupełna nowość. Nie słyszę nawet kolegów z zespołu. Przed meczem na pewno czuję silne emocje, ale po pierwszym gwizdku stresu już nie odczuwam. Mam przecież to, czego chciałem – takie były moje marzenia. Chciałem tu być, chciałem grać w Ekstraklasie i w końcu się udało. Ze wszystkim dam sobie radę.

A rożnica rganizacyjna?

Polonia to bardzo wysoki poziom, ale w Górniku wcale źle nie było. Mieliśmy świetne warunki jak na IV ligę. Pracownicy wykonali kawał naprawdę dobrej roboty, żeby to wszystko trzymało się kupy. Jednak w Polonii kilka rzeczy naprawdę mnie zadziwiło. Tu wszystko jest rozpisane – co masz robić, czego masz nie robić. Dbają o każdy szczegół. Chociaż trener Radosław Gabiga (były trener Górnika – RH) też lubił porządek. Uczył nas profesjonalizmu: w szatni nie mogłeś rozmawiać przez telefon, a jak się spóźniłeś – płaciłeś karę. Dlatego łatwiej było mi się z tym wszystkim oswoić.

Jak zareagowałeś, kiedy potwierdzono twój transfer? Miałeś świadomość tego, że twoje życie w końcu zmieni się na lepsze?

Byłem bardzo szczęśliwy, ale nie zahamowało to moich ambicji. Wiedziałem, że nie osiągnąłem jeszcze wszystkiego, na co mnie stać. Myślałem o tym bardziej jako o kroku w kierunku Anglii, Niemiec lub Francji, a nie jak o ziemi obiecanej. Mam wielką nadzieję, że wypromuję się w Ekstraklasie i pójdę dalej. Na pewno włożę w to dużo pracy.

Na razie twoja drużyna spisuje się rewelacyjnie. Grałeś we wszystkich trzech meczach, w tym w dwóch od pierwszej minuty. Czujesz zaufanie trenera?

Ja po prostu ufam trenerowi, bo on zna się na rzeczy. Nie ingeruję w to, kto gra, a kto siedzi na ławce. To jego decyzja i ja ją szanuję, bo moją pracą jest gra w piłkę, a nie komentowanie jego posunięć. Poza tym dla mnie najważniejsze jest zwycięstwo drużyny. Jesteśmy jak bracia. Jeżeli zamiast mnie gra mój brat, to dla mnie nie ma problemu. Jednak o miejsce walczę do końca – pracą.  Muszę się niestety przyznać, że treningi nigdy nie były moją mocną stroną… Nie to, że odpuszczam. Ja po prostu żyję już kolejnym spotkaniem. Nie mogę się skupić, czasem nawet nie słyszę poleceń trenera. W głowie rozgrywam kolejny mecz i to jest właśnie taka moja wada.

A jak się dogadujesz z Pawłem Wszołkiem i Łukaszem Teodorczykiem? Uważasz, że mają potencjał?

Za kilka lat będą najlepsi w kraju. To pewne, bo mają potencjał i ambicję, a pracy też się nie boją. Na boisku zawsze zostawiają dużo serca. A że są sympatyczni, to chyba nie muszę nawet wspominać. Atmosferę mamy świetną.

Co dalej? Myślisz o reprezentacji?

Tak jak ci mówiłem, grałem już w młodzeżówce, a potem byłem za nisko. Przecież żaden trener nie weźmie do kadry zawodnika z najniższej ligi w kraju. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Gram na wysokim poziomie i myślę, że powołanie może niedługo przyjść. Na razie jednak nie dostałem żadnego sygnału. Tak na marginesie – obecny selekcjoner (Amara Traore – RH) był moim pierwszym trenerem w młodzieżówce.

Masz kontakty.

Niby tak, ale muszę jeszcze trochę popracować. Muszę nadrobić te kilka lat gry na niskim poziomie. Na szczęście on wie, że przeszedłem do Polonii, bo w Senegalu pisali o tym w gazetach. Teraz tylko muszę pokazać, że nie zapomniałem, jak się gra w piłkę.

Przeszedłeś w Polsce wszystkie możliwe etapy wtajemniczenia. Kto przyczynił się najbardziej do tego, że jesteś tu, gdzie jesteś?

Zdecydowanie cała ekipa z Górnika Wesoła. Ludzie tam są naprawdę świetni. Kiedy na przykład byłem w Rzeszowie, kilku zawodników nie lubiło czarnoskórych… To był ich problem, nie mój. Dla mnie człowiek może być czerwony, zielony albo niebieski. Nie robi mi to różnicy. W Gliniku Gorlice było trochę lepiej, ale Górnik to już naprawdę najlepsza ekipa. To zresztą moja rodzina. Mam tam braci. Nie są moimi kolegami, ale braćmi. A prezes to mój tata (śmiech). Zawsze mogę do niego zadzwonić. Już raz do nich przyjechałem jako zawodnik Polonii. Miałem do oddania sprzęt. Popatrzyłem jak grają, porazmawiałem. Zawszę będę ich odwiedzał.

Rafał Hurkowski, FutbolNet

fot. Facebook/Elhadji Dieme Yahiya

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: