Zapach starych gazet

Zawsze, gdy wchodziłem do jego pokoju, siedział przed komputerem. Pisał. Był tym tak zaabsorbowany, że dopiero po chwili mnie zauważał. Często notował coś na osobnych kartkach, w taki sposób, że tylko on wiedział o co chodzi. Miał mnóstwo materiałów i tylko on wiedział, gdzie co jest.  Czasami wołał mnie na górę, by pokazać jakieś zdjęcie czy koszulkę, w której Kazimierz Deyna rozegrał swój ostatni mecz. Wtedy nie wiedziałem, czym ojciec się tak zachwyca.

Na początku nie lubiłem piłki. W podstawówce zawsze graliśmy w nią na wf-ach. Ja wolałem biegać. Piłkę miałem na co dzień. W domu. Trochę mi spowszedniała. Rówieśnicy rozmawiali o Ronaldo, Zidanie. Ja wolałem gry na game-boy’a. Aż przyszły wakacje po szóstej klasie, kiedy tata pokazał mi ten piękny futbolowy świat.

Byliśmy na obozie kadry do lat 15 Michała Globisza. U Piotra Rzepki uczył mnie jak mam strzelać, jak mam podawać. Wieczorami chodziliśmy na mecze. Zjeździliśmy wtedy wspólnie całą Polskę, a piłka nożna mnie zafascynowała. Idąc do gimnazjum, wiedziałem już co i jak. Miałem tę lekkość w poruszaniu się z futbolówką. Kiwałem, strzelałem gole, chciałem zaimponować ojcu, który był dla mnie największym ekspertem i autorytetem. To były piękne czasy. Ja, mały chłopiec, poznawałem takich ludzi, jak Zbigniew Boniek, Jerzy Dudek, Francisco Gento czy Robert Gadocha. Grałem w piłkę z ich dziećmi. Oprócz wspomnień, pozostały mi piękne zdjęcia.

Odkąd wróciliśmy do Warszawy, tata zabierał mnie i kolegów na boisko. Stał w bramce, a my mu strzelaliśmy. Potem przechodziliśmy na mniejsze boisko i graliśmy do zachodu słońca.

Przyszły czasy, gdy właściwie żyłem piłką tak samo jak on. Nie rozmawialiśmy już o sprawach codziennych, tylko o futbolu. Non stop. Wchodziłem do niego i rzucałem jakieś pytanie, typu: „Czy Ricardinho jest dobry?”. Tata od razu odkładał długopis i odpowiadał: „Co ty z tym Ricardinho, przecież to jakiś trzeci sort brazylijski!”. A mi po prostu podobała się jego fryzura.

Poszedłem grać w piłkę do klubu. Szybko wyrównałem poziom z rówieśnikami. Z tamtych czasów pochodzi jedno z moich najpiękniejszych wspomnień. Kiedy to w upalne popołudnie graliśmy mecz, a ja strzeliłem gola z około 40 metrów. Aż mi dech odebrało. Spojrzałem tylko na trybuny, czy tata naprawdę to widział. Widział. Stał z mamą, śmiejąc się i bijąc brawo. Potem upadłem na ziemię pod ciężarem kolegów.

I tak grałem przez jakiś czas. Tata przychodził, oglądał, dawał rady, że jak dostaję piłkę, muszę przyjąć od razu ze zwodem. Czasem pochwalił, czasem zganił, że za dużo biegam, a za mało pokazuję się do gry. Ceniłem jego zdanie, bo mimo, że był moim ojcem, był obiektywny. Nigdy nie krzyczał. Mówił. Taką przecież miał pracę – czy oglądał Smolarka, czy swojego syna, oceniał na chłodno. Zawsze czekałem na tę chwilę. Trener chwalił nas w szatni, a ja już czekałem na opinię taty.

Pewnego lata byliśmy w Paryżu, przy okazji meczu oldbojów Francja – Polska. Wtedy właśnie poznałem Roberta Gadochę, Jana Urbana, Andrzeja Szarmacha i wiele innych wielkich postaci.

Ze względu na wiek, nie chcieli mnie wpuścić do Lido. Ojciec zabrał mnie wtedy na całodniową wycieczkę po mieście. Pierwsze kroki skierowaliśmy do metra, gdzie musieliśmy użyć kilku języków, by w ogóle kupić bilet. W wagonie natknęliśmy się na przedstawienie z marionetkami. W Polsce nigdy nie widziałem, by ludzie byli tak otwarci. Wszyscy razem w tym uczestniczyli, mimo że za chwilę mieli wysiąść i pójść każdy w swoją stronę. Powiedział mi wtedy, że to jest właśnie Paryż. I choć był tam ostatnio kilkanaście lat wcześniej, znał go jak własną kieszeń. Poruszaliśmy się płynnie po Polach Elizejskich, nawiązując nowe znajomości i jedząc ogromne hamburgery. Nie żałowałem już Lido.

Pamiętam Euro 2004. Oglądaliśmy je razem, w domu. Po meczach szliśmy całą rodziną na starówkę. Słońce zachodziło, komary gryzły, ale my byliśmy szczęśliwi.

Mistrzostwa świata 2006 oglądaliśmy u znajomego na Bemowie. Ładny widok z okna i przyjacielska atmosfera – przy tym niepowodzenia Polaków miały jakby mniejsze znaczenie. Wieczorami wracaliśmy do domu autobusami, rozmawiając o Podolskim, Kostaryce i fajnych stadionach. Czasami wysiadałem wcześniej, by pokopać jeszcze z kolegami.

Niektórzy uważali, że z tą piłką mogę wiązać przyszłość. Małą wagę przywiązywałem wtedy do szkoły. Tata nad tym ubolewał. Uczył mnie matematyki. Denerwowało go to, że myślami byłem gdzie indziej, bo wciskanie wiedzy na siłę nie jest przecież przyjemne. Ale jakieś tam minimum zrobiliśmy, dostałem się do liceum i obiecałem, że odtąd będzie inaczej. Nadal jednak uczyłem się bardziej jak piłkarz…

Piłka zawsze była tłem naszego życia. Zarówno w tych pięknych momentach, jak i w tych bardzo przykrych.

Znów ten sam stadion, równie upalna pogoda, co przy „bramce życia”. Graliśmy jakiś sparing. Zmarnowałem właśnie dobrą okazję. Trener coś do mnie krzyczał. Myślałem, że chce mnie opieprzyć. Odwróciłem się i czekałem aż bramkarz wznowi grę. Ale trener krzyczał coraz głośniej: „Rafał, chodź tu, szybko!”. Nie wiedziałem, o co chodzi, biegłem w stronę ławki i nagle zobaczyłem mamę. Płakała. Miałem tysiące myśli w głowie. Powiedziała, że tata miał zawał…

To był jakiś totalny amok. Nie przebierając się, wsiadłem do samochodu i pojechaliśmy. Pielęgniarka ostrzegła, żebym lepiej nie wchodził, ale nim skończyła, byłem już na sali. Widząc tatę w takim stanie nie wiedziałem co powiedzieć. Czy banalnie spytać o piłkę, czy równie banalnie stwierdzić, że wszystko będzie dobrze. Milczałem.

Okazało się, że ojciec już od wielu miesięcy miał stan przedzawałowy. Nie zważał na ból, myślał, że to kręgosłup. Chodził na masaże do fizjoterapeuty. Pod żadnym pozorem nie chciał skorzystać z pomocy lekarza. Nie wiem, może nie chciał tracić czasu na głupoty?

Na szczęście Bóg miał go w swojej opiece. Jego koleżanka, lekarka, w tym feralnym dniu zadzwoniła i powiedziała, że jak nie chce by go obejrzała, niech chociaż wpadnie do niej na kawę. Do szpitala. Nie wypadało odmówić, nie widzieli się w końcu parę lat. Poszedł. Ledwo przekraczając próg, stracił przytomność. Lekarze szybko wzięli go na OIOM.

Mówili nam, że szanse są bardzo małe. Codziennie rano, po nieprzespanej nocy, pytałem mamę czy będzie dobrze. Odpowiadała ze łzami w oczach, że nie wie. Mijały dni. Odniosłem wrażenie, że tata nie chce bym patrzył na niego w takim stanie. Żebym patrzył na niego, gdy jest słaby. Myśl, że mogę za chwilę go stracić, była dla mnie nie do przyjęcia. A poprawy brak.

Kolejny dzień, wracałem ze szkoły, mama wyszła mi naprzeciw płacząc. Spodziewałem się najgorszego. Objęła mnie jednak mówiąc, że z tatą jest lepiej.

Ojciec wyszedł ze szpitala po dwóch miesiącach. Do dziś nie mogę uwierzyć w ten splot wydarzeń. To był prawdziwy cud. Ale nasze życie się zmieniło. Byłem jeszcze dość młody, dopiero co szedłem do liceum. Wchodząc do pokoju taty, który pracował dwa razy tyle co przedtem, widziałem jak cierpi. Nie tyle fizycznie, choć to też, ale przez zaprzepaszczone marzenia. Mam tu na myśli pewną inicjatywę, która mogła okazać się przełomem w polskim dziennikarstwie sportowym i która mogła przywrócić ojcu zasłużone miejsce na scenie. Przedłużający się pobyt w szpitalu dał jednak temu kres.

Od tego momentu ojciec już nigdy nie zagrał w piłkę.

Ja również przez problemy zdrowotne skończyłem grać w klubie. Do liceum szedłem więc też z niejako przekreślonymi marzeniami. Ale razem dawaliśmy radę. Te trzy lata były ciężkie, tata z całych sił chciał zapewnić mi przyszłość. Dużo rozmawialiśmy o szkole. Tak samo jak kiedyś czekałem na jego werdykt po meczu, tak wtedy czekałem na opinię o moich wynikach. To wspaniałe uczucie mieć ojca, który we wszystkim ci pomoże, bo na wszystkim się zna.

Nadszedł ponury grudzień 2010 roku. Spokojną noc przerwały wyjące syreny ambulansu. Wiedziałem, że tacie się pogorszyło, ale myślałem, że i tym razem szczęście nie zawiedzie. Odwiedzaliśmy go codziennie. Z dnia na dzień wyglądał gorzej. Znów to dziwne uczucie sprzed kilku lat.

To był chyba 12 grudnia. Poprosił mnie, żebym kupił mu książkę. Gdy wróciłem, jeszcze chwilę porozmawialiśmy, mówił, że mam się trzymać i w przyszłym tygodniu porobimy trochę matmy. Nigdy wcześniej się z tego nie cieszyłem.

Przyjechaliśmy nazajutrz rano. Było bardzo źle. Znów nie wiedziałem co robić. Ojciec ostatkiem sił powiedział, że mam iść do szkoły. Poszedłem. Tego dnia nic do mnie nie docierało. Po szkole wróciłem. Nie wierzyłem, że to może być koniec, a tylko stan przejściowy. Kilka minut po 24 dostaliśmy telefon ze szpitala…

Dziś, gdy wchodzę do jego pokoju, czuję ten specyficzny zapach starych gazet, które leżą jak leżały od lat. Wracają wspomnienia i wiem, że Roman Hurkowski był świetnym dziennikarzem, ale przede wszystkim wspaniałym ojcem. Tak go zapamiętam.

Rafał Hurkowski

Advertisements

Tagi: , , , ,

2 responses to “Zapach starych gazet”

  1. morgan says :

    Przyznam, że od razu, gdy wszedłem na tego bloga (szukałem informacji o książce, którą czytałem za młodu, zatytułowanej Król strzelców) skojarzyłem nazwisko… Czytywałem kiedyś Jego artykuły w PN, miałem też w rękach Almanach reprezentacji Polski (do roku 1990) – kopalnia wiedzy. Do momentu, gdy przeczytałem powyższy wpis nie wiedziałem (przede wszystkim z uwagi na fakt, iż od lat żyję za granicą), że Jego czas dobiegł już końca. Żal, jak zawsze gdy odchodzi ktoś, kto wzbogacał nasze życie. Można jednak pocieszać się myślą, że już nie cierpi, a jak przypuszczam ostatnie lata były ciągłym i codziennym zmaganiem z paraliżującym i dojmującym bólem.
    Serdecznie pozdrawiam

  2. Marek says :

    Fajny wpis, szkoda że Twój ojciec nie zajął pod koniec swojego życia należnego mu miejsca w dziennikarstwie. Może gdyby tak się stało, znacznie lepszy byłby jego stan psychiczny i co za tym idzie fizyczny. Sam się zastanawiałem, dlaczego ludzie nie mogą wznieść się poza wzajemną niechęć, zatrudnić faceta, który posiał wiedzę większą niż kilku redaktorów razem wziętych, a przy okazji kocha tę robotę, jest nią zafascynowany i ma znakomity kontakt z ludźmi młodymi, wpatrzonymi w niego jak w obraz, żeby nie było wątpliwości, obraz z poważnej galerii. Cóż to by było za ekonomiczne przedsięwzięcie… Ja w każdym razie wspominam go dobrze, jako fajnego faceta, ale i trudnego, żeby była jasność. Ale to przywilej DUŻYCH ludzi, możemy im wybaczyć. Jemu nikt nie wybaczył, bo i czasy nadeszły trudne, czasy słabych ludzi. Przykre. Tak jakby sztabę czystego złota potraktować jak odlew z tombaku i przejść obojętnie obok, gdyż mówią że ciężka. Przecież to głupota, takie marnotrawstwo, skandaliczna głupota. Dziś nie da się jej już naprawić. Ale trzeba spojrzeć na przeszłość tę dobrą, a przecież przez lata trochę świetnych wspomnień i tekstów się nazbierało. Ja czasem otwieram w necie stare maile i sobie czytam, mam ich pełno! I książkę z autografem… a co 🙂
    Swoją drogą jest taki ciekaw tekst Marka Krama jr-a o swoim ojcu Marku Kramie, nazywa się Forgive some sinner, znajdziesz go tu: http://www.thesmartset.com/article/article08060706.aspx
    Kram był legendą amerykańskiego dziennikarstwa, pisał znakomicie, uchodził za artystę pióra. Mam trochę jego tekstów, choć niestety z moim angielskim nie jestem w stanie aż tak docenić jego klasy, raczej konstrukcję artykułów. Pod koniec lat 70-tych okazało się, że przyjął pieniądze od Dona Kinga, był skończony. Ten tekst to było jakieś catharsis. Poczytaj, fajna sprawa, pzdr.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: